Czas na małe podsumowanie! Dziś chciałabym Wam pokazać moje ulubione zdjęcia z kończącego się roku. No i, co nawet ważniejsze, wiążące się z nimi wspomnienia. A jak Wam minął ten rok?


     Chyba ulubione "wydarzenie" tego roku - podróż do Rzymu! Chociaż był to mój drugi raz w Wiecznym Mieście, to wtedy zakochałam się w nim na dobre. Za niecałe dwa miesiące wracam tam z Jasiem - mam nadzieję, że jemu też się spodoba, bo jak inaczej przeforsuję przeprowadzkę do Włoch?
      Ulubione zdjęcie z tego wyjazdu? Zdecydowanie to zrobione zaraz przy Schodach Hiszpańskich. Bardzo podoba mi się klimat tego zdjęcia i tak właśnie kojarzą mi się całe Włochy - przepełnione ciepłem, sztuką na każdym kroku i po prostu niepodrabialnym klimatem. To zdjęcie było zrobione pierwszego dnia naszego lutowego pobytu. Byłyśmy wykończone i kiedy wreszcie padłyśmy na zimnych schodach, byłyśmy w niebie!



     Czerwiec przyniósł kolejne podróże - tym razem krajowe! Na początku tego miesiąca pojechaliśmy do Warszawki na festiwal Orange Warsaw Festival (i powstał z tego nawet Dekalog Koncertowego Kretyna), a później, znów muzycznie, trafiliśmy do Krakowa, a stamtąd do Oświęcimia na Life Festival i koncert Soundgarden. Wynudziłam się jak mops, ale była pierwsza "samodzielna" podróż z Jasiem (i było świetnie!), więc w sumie nie marudziłam.
     Ulubione zdjęcie ze stolicy? To zrobione niedaleko Rynku! Jak przez cały pobyt, okropnie padało, więc szybko przemierzaliśmy ulice Starego Miasta. Na szczęście, przy tych drzwiach na chwilę się zatrzymaliśmy - Janek trochę się na mnie wkurzał, bo pada i zimno, ale wyszło z tego coś fajnego, więc mam nadzieję, że mi wybaczył!




     Ulubione zdjęcie z Krakowa? To zrobione na Kazimierzu! Nie jestem odosobniona w twierdzeniu, że jest to najbardziej urokliwa dzielnica miasta - myślę, że się ze mną zgadzacie! Pamiętam, że to był taki okropnie gorący dzień, że w sumie szybko przebiegliśmy przez dzielnicę żydowską, ale i tak udało mi się trochę obfocić.



     Drugi miesiąc wakacji minął pod znakiem przygotowań i szalonej podróży do Włoch. Szalonej, bo odwiedziłyśmy w cztery dni aż trzy miasta - Mediolan, Vernazze i małe miasteczko nad jeziorem Como. W Stolicy Mody trochę się wynudziłyśmy (może dlatego że Pradę znajdujemy w lumpach, więc nie kręcą nas te wszystkie "bogate" sklepy), w Vernazzy wypoczęłyśmy (choć krwi napsuła nam właścicielka naszego pokoju - wmawiając nam, że nie zapłaciłyśmy), a nad jeziorem Como trochę zmokłyśmy (dlaczego w sierpniu we Włoszech jest jakieś piętnaście stopni) ale i tak było super!
     Ulubione zdjęcie? To zrobione w Cinque Terre! Jednego dnia przeszłyśmy się krętą ścieżką do kolejnego miasta. Ta droga wydaje mi się tak urokliwa i tajemnicza, jakby za zakrętem mogło czaić się cokolwiek. Chętnie bym tam wróciła, na przykład teraz kiedy na dworze ujemne temperatury.



   Grudzień dobiega końca a ja smutam - dopiero za rok będę mogła znów nosić świąteczne swetry i skarpetki, jeść pierogi z kapustą i grzybami, wieszać lampki WSZĘDZIE i ogólnie być w super świątecznym nastroju. Te Święta były wyjątkowo fajne, bo dołączył do nas Magnes - kochany pies jest tak grzeczny, że po dwóch dniach w nowym domu umie już leżeć "u siebie". Kocham go, nawet jak gryzie mojego koczka!
     Ulubione zdjęcie Magnusa? To, kiedy już zmęczony po dłuugich zabawach, leżał i przysypiał. No czyż ten pyszczek nie jest najsłodszy na świecie (zaraz po Ramzesie, naturalnie)?



    Tym razem to już na pewno ostatni post o Świętach (w tym roku!). Dziś tylko podrzucam kilka zdjęć z Wigilii, no i przede wszystkim zdjęcie najlepszego prezentu na świecie... 







     A oto i on! Magnus (aka Magnes) to najsłodszy prezent na świecie! Mniej słodki jest kiedy sika mi na spódniczkę albo pcha się do zmywarki (serio), ale... no spójrzcie sami na tę mordkę!




Z Magnesem przesyłamy buziaki!


     Hej, hej! Chociaż prawdopodobnie "ho, ho" byłoby bardziej na czasie. Nieważne! Dziś zapraszam na dawkę świątecznych zdjęć, których napstrykałam już prawdopodobnie z milion. Mam nadzieję, że się spodobają i sprawią, że będziecie jeszcze bardziej niecierpliwie zacierać łapkami na myśl o jutrzejszej Wigilii (i jedzonku, i prezentach!). 

    W te Święta, podobnie jak w poprzednie, razem z Mamką postanowiłyśmy wesprzeć akcję TVN "Podaruj misia". Dzielna Beti "podróżowała" do nas w poniższej paczce, a teraz, razem z zeszłorocznym (ale tak samo uroczym) Antkiem, siedzi sobie na fotelu i ozdabia mój pokój swoim słodkim pyszczkiem. Jak ja jej zazdroszczę tej spódniczki!



    Świąteczne jedzonko przygotowywane z Wojtkowiaczką - uprzejmie donoszę, że jesteśmy już nie tylko mistrzyniami w pieczeniu pierników, ale także w lepieniu pierogów. Om nom nom.




    Co z tego, że w sumie jest ciepło - jest grudzień, więc będę nosić grube świąteczne skarpety!


    Pierwszy prezent gwiazdkowy w tym roku - po takim opakowaniu, zawartość staje się drugorzędna (ale świąteczne skarpetki, które dostałam, były jakby nie patrzeć pierwszorzędne, dzięki Ziółkoska!) 


     A odnośnie pakowania prezentów - tak jak już pisałam, to trzecia po kupowaniu upominków i pierogach najlepsza rzecz w Święta! Co prawda zawsze robi to moja Mamcia, bo ja jestem prawdziwym ciołkiem w takich sprawach, ale i tak jest super. W tym roku zajęłam się wypisywaniem kartek, co wychodzi mi zdecydowanie lepiej. 




       Od trzech lat mamy z Jaśkiem własną tradycję - naszą Wigilię obchodzimy 22. grudnia. Wtedy to pijemy ugotowany przeze mnie barszcz (z paczki oczywiście, bo jestem prawie-perfekcyjną panią domu), ulepione pierogi (tym razem nie z paczki, punkt dla mnie!), paluszki rybne zamiast karpia (ości, fuj) i duużo pierniczków. No i wręczamy sobie prezenty. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych dni w całym roku!



      Zostawiam Was z jeszcze kilkoma świątecznymi migawkami, no i życzeniami: przede wszystkim spokojnych Świąt, pełnych dobrego jedzonka i wymarzonych prezentów, spędzonych w gronie najbliższych. No i żebyście w tym całym okołoświątecznym szale, mimo wszystko nie dali się zwariować i po prostu spędzili miło czas - jakkolwiek tylko macie ochotę. Wesołych! 




    Jeśli wykonaliście już wszystkie czynności z poprzedniego świątecznego wpisu i mimo to, nie czujecie tej magii (dziwaki), daję Wam kolejną szansę. W dzisiejszym zestawieniu filmy, które, przynajmniej mi, kojarzą się wyłącznie ze Świętami. Jeśli ich jeszcze nie widzieliście, koniecznie musicie nadrobić. Jeśli widzieliście - well, nie zaszkodzi obejrzeć jeszcze raz.
    Gdyby sympatyczny Pan w czerwonej czapce, szerzej znany jako Gwiazdor, podrzucił Wam pod choinę trochę kaski, a Wy nie mielibyście pomysłu na co ją wydać, służę pomocą - oddajcie mi! A ja za to gdzieś pojadę... Gdybyście jednak nie byli tak chętni by się podzielić (sknery), może sami wybierzecie się w podróż? Nie musi to być od razu europejska stolica (chyba że uzbieracie trochę forsy), ale naprawdę fajnie jest gdzieś wyjechać i oderwać się trochę (po świątecznym zamieszaniu chociażby albo na Sylwestra). Może za kilka lat, doradzę Wam jak zaplanować podróż dookoła świata. Póki co się nie wybieram, więc chętnie podzielę się wskazówkami, jak właściwie zabrać się do jakiegokolwiek wyjazdu, szczególnie za granicę (gdy już wyrwiemy się spod "opiekuńczych" skrzydeł biura podróży). A przede wszystkim jak przy tym nie zbankrutować (bo hajs się musi zgadzać!)


      Olej biura podróży. To jedna z najważniejszych rzeczy, które musisz zrobić, by wyjechać tanio. Najlepszy przykład? Rzym na długi weekend zgodnie z cennikiem biura podróży X kosztuje powyżej dwóch tysięcy. Sam hotel, lot i śniadania. A co z jedzeniem? To kosztuje co najmniej stówę dziennie, czyli w sumie wychodzi nam prawie dwa i pół tysiąca za cztery dni. I wtedy myślisz sobie: "kurka, nie pojadę, przecież to kupa kasy, skąd ja mam tyle wziąć?". I myślisz całkiem słusznie. Bo tyle, czterodniowy pobyt w włoskiej stolicy, nie jest na pewno wart. Będąc z zeszłym roku na cztery dni, w hotelu ze śniadaniem i wylotem z Poznania, za cały wyjazd (z jedzeniem, wstępami i tak dalej) zapłaciłam tysiąc złotych. Dużo lepiej, co? Podróżowanie nie jest drogie, trzeba tylko być samodzielnym i nie dać sobie wciskać kitu. 

     Gdzie chciałbyś pojechać? To chyba kluczowe pytanie, które musisz sobie zadać. Jeśli mnie ktoś obudzi w środku nocy i zada takie pytanie, bez wątpienia odpowiem "Rzym!". Choć jest wiele, naprawdę ogrom, miejsc, które chciałabym zobaczyć, pierwszą myślą jest zawsze moje ukochane Wieczne Miasto. Czasem pomysł na podróż wpada przypadkiem - chcecie jechać gdzieś, ale to za drogo, kombinując dochodzicie do innego miasta... Tak właśnie było u mnie z Mediolanem - na początku miała to być zupełnie inna podróż (co dziwniejsze, nawet nie we Włoszech), ale znalazłam tanie bilety i wylądowałam w Stolicy Mody, a stamtąd w Cinque Terre i nad jeziorem Como. No cóż, zdarza się. Może chcesz gdzieś wrócić? Może odkryć coś zupełnie nowego? 

    I w tym momencie musisz pogodzić się z faktem, że, być może, wcale nie pojedziesz tam, gdzie będziesz chciał. Przynajmniej jeśli chcesz podróżować tanio i planujesz na ostatnią chwilę. Musisz być elastyczny - nie upieraj się, by dotrzeć konkretnie z punktu A do B. Nie szukaj tylko wylotu ze swojego miasta i przylotu do miejsca, w którym chcesz się znaleźć. Znajdź różne opcje - dojedź do Warszawy albo jakiegokolwiek innego miasta, z którego pasuje Ci lot (polując na polskiego busa bilety znajdziesz już za złotówkę - to jest możliwe! Potwierdzam, szczęśliwa posiadaczka biletów do stolicy w dwie strony za 4 zł) i leć stamtąd. Doleć do innego miasta niż planowałeś, wsiądź w pociąg i jedź dalej. Będzie trudniej, bardziej męcząco, ale ciekawiej - zobaczysz więcej. A chyba o to chodzi? Pamiętaj też by polować na promocje - bez tego ani rusz! Najlepszą stroną, która pomaga Ci znaleźć bilety w dobrej cenie jest, moim zdaniem, fly4free. 



    Zapomnij o luksusie. Choć to oczywiste, myślę, że wielu z Was wertując booking.com czy inne strony rezerwacyjne (wymieniam tę, bo ją dobrze znam, nie miałam żadnych problemów i generalnie wszystko jest okej) o tym zapomina. Podświadomie szukamy jak najlepiej wyglądającego pokoju, siedmiu lub więcej gwiazdek i śniadania do łóżka. Błąd! Uświadom sobie, że w pokoju spędzisz pół godziny rano i tyle samo wieczorem. Po co Ci ten ładny pokój? Skup się na lokalizacji i cenie. W Rzymie mogę Wam polecić okolice dworca Termini - to naprawdę dobra baza wypadowa, wszędzie jest blisko, a do tego tanio (cztery noce za dwie stówki, who's the lucky girl?). 


c.d.n.
     Dłuuuga przerwa świąteczna (prawie dwadzieścia dni wolności!) to idealny czas, żeby poleżeć w ciepłym łóżku z kubkiem parującej herbaty, wszamać upieczone wcześniej pierniczki i, oczywiście, poczytać jakieś ciekawe powieści. Często nie mam ochoty sięgać po "ambitne dzieła" - chcę po prostu przeczytać coś lekkiego, przy czym będę się "dobrze bawić" i nie będę musiała zbyt dużo myśleć. Szukałam więc czegoś, co mnie rozbawi i nie będzie wymagało wielkiego skupienia


     Stąd mój wybór padł na, chyba wszystkim znaną, "Jeżycjadę" Małgorzaty Musierowicz. Przyznaję bez bicia, że czytałam tylko nieliczne pozycje z cyklu, w czym jedną z konieczności, bo "Opium w rosole" jest przecież szkolną lekturą. I jak moje wrażenia po przeczytaniu kilku tomów? Jestem zachwycona! Wiem, może nie jest to niezwykłe odkrycie - pewnie większość z Was nie dowierza, że dopiero teraz wzięłam się za kultowy cykl, ale lepiej późno, niż później, nie? W każdym razie w ciągu kilku ostatnich dni pochłonęłam pierwsze trzy części i właśnie biorę się za czwartą. Ubóstwiam styl pisania Musierowicz, którym zachwyciła mnie już przy okazji "Opium w rosole" - autorka pisze lekko i przystępnie (po prostu cudownie!) i od razu czaruje, pewnie dla niektórych wątpliwym, klimatem w swoich książkach - peerelowskim, pozornie nudnym i szarym. A mimo to znów się zakochałam! Naprawdę fajnie było znów zanurzyć się w rzeczywistość Poznania w latach siedemdziesiątych. Póki co moim ulubionym tomem jest "Kwiat kalafiora", w którym najbardziej podobał mi się klub dyskusyjny ESD (wszystkie postaci ubóstwiam na swój sposób, tylko do tej Danusi się przemóc nie mogę) i postać taty Borejko - cudownie wykosmiczonego faceta. Jeśli jeszcze nie czytaliście żadnej części "Jeżycjady" to jak najszybciej lećcie do biblioteki i nadrabiajcie braki! Ja nie wiem jak mogłam z tym tak długo zwlekać. Dla tych, którzy serię czytali też mam opcję - w końcu Musierowicz, dzięki-Ci-latający-potworze-spaghetti, napisała kolejną część! Może "Wnuczka do orzechów" to Wasz wybór na Święta? 


     Inną książką, którą niedawno skończyłam i którą mogę polecić Wam na wolne okołoświąteczne popołudnia, jest powieść australijskiej pisarki Penelope Green, która przeprowadziła się do Włoch (marzenie!) i napisała o tym "Trylogię włoską". Dziś skończyłam czytać jej pierwszą część "Rzymskie dolce vita", która, oczywista, dzieje się w moim ukochanym Rzymie. Penelope, autorka i główna postać serii, jest lekko sfrustrowaną dwudziestoparolatką - jest dziennikarką, ma pracę, która jest jej pasją, całkiem nieźle zarabia i mieszka w centrum Sydney. Po takim opisie, mogłoby się wydawać, że wiele kobiet w jej wieku może jej tego zazdrościć. Tymczasem Penny myśli, co zmienić w swoim życiu. Postanawia spełnić swoje wielkie marzenie - kupuje bilet w jedną stronę do Włoch, mimo że języka praktycznie nie zna, a jedyną znaną twarzą na drugim końcu świata jest jej wujek, z którym do tej pory nie miała świetnego kontaktu. I zaczyna życie od nowa. Chociaż żeby się utrzymać musi podejmować się kilku prac na raz (i to nie na takim poziomie, do jakiego przywykła), a apartament zamieniła na klitkę, dopiero teraz czuje się naprawdę szczęśliwa. "Rzymskie dolce vita" to taka lektura, która skłania Cię do rzucenia wszystkiego i wyjechania na drugi koniec świata. Książkę wybrałam zupełnie przypadkowo, kierując się jedynie (ukochanym) miejscem akcji - czytanie o znanych ulicach czy placach, a do tego wtrącenia z języka włoskiego to dla mnie duży plus. Nie wiem jak wypadają dalsze części, ale tę naprawdę warto przeczytać - chociaż nie kipi akcją, opisy Włoch nadrabiają wszystkie braki (przynajmniej dla mnie!). 


     Może macie jakieś inne książki, które ostatnio przypadły Wam do gustu? Jeśli tak, to podzielcie się nimi koniecznie - nie wiem, czy zdążę przeczytać, biorąc pod uwagę że mam ambitny plan przeczytania całej "Jeżycjady" i jeszcze jednego kryminału w Święta (moje biurko wygląda mniej więcej tak jak na zdjęciu powyżej), ale na pewno będzie na później. W końcu dobrych książek nigdy za wiele, a skoro już jestem w czytelniczym szale (aka jedna albo dwie książki dziennie), to trzeba to wykorzystać! 
    Został niecały tydzień do Świąt, więc już oficjalnie mogę unosić się nad ziemią w moim świątecznym swetrze. Gdybyście nie jakimś cudem nie czuli nadchodzących świąt (co dla mnie jest niepojęte, bo ja chodzę podekscytowana od pierwszego dnia grudnia), przedstawiam Wam listę rzeczy, które mogą Wam pomóc. Możecie je nazwać banalnymi, ale kurka, kto nie lubi tego robić przed Świętami?

1. Jedz mandarynki.


Prawdopodobnie pierwszy z objawów zbliżających się świąt. Śniegu jeszcze nie ma, w kalendarzu pewnie dopiero końcówka listopada - a ludzie już szamią mandarynki, przynoszą je do szkoły i tylko Cię wkurzają ich zapachem (o ile jesteś tym pechowym przypałem, który ich nie ma i z którym nikt się nie podzieli). Jem je tonami i mam nadzieję, że mają jakiś zbawienny wpływ na włosy, paznokcie i mózg, to może coś mi jeszcze pomoże!


2. Poszukaj superprezentów.


Nie wiem jak Wy, ale ja już w październiku mam ogólny zarys prezentów. Albo i wcześniej. Po prostu uwielbiam obdarowywać innych (jeśli tylko mam super pomysł, z którego wiem, że dana osoba będzie zadowolona). Sam proces szukania, jeśli brak jakiejś idei, jest dość nużący, ale kiedy wreszcie, eureka, znajdziemy coś idealnego - to już sama przyjemność, pozostaje nam już tylko je jakoś ładnie zapakować (w czym zawsze pomaga mi Mamcia, bo ja jestem tragiczna we wszelkich czynnościach zawierających klej i nożyczki). A potem tylko odpakować, to co sami dostaniemy. Same korzyści.


3. Upiecz pierniki. 


Tutaj muszę zacząć anegdotką - od kilku lat pieczemy (i dekorujemy) pierniczki wspólnie z Wojtkowiaczką (nawet w sierpniu, bo przecież to takie logiczne piec pierniki latem). Zawsze, ale to zawsze, spalimy pierwszą blachę. Nieważne, że robimy wszystko zgodnie z przepisem, pilnujemy ich bardziej niż mój chłopak swojego ukochanego komputera, obserwujemy je uważnie... I wtedy, wtedy gdy na sekundkę się od nich odwrócimy, one, bam, spalają się i wyglądają równie apetycznie co węgiel. W tym roku, po raz pierwszy pełen sukces - pierwsza blacha wyszła idealna, tak każda następna! Ozdabianie ich też wyszło super, w czym, jak się okazuje, Wojtkowiaczka jest prawdziwą specjalistką (i zawstydza nawet moje reniferki ze słodkimi ogonkami z lukru). Aż żal je jeść!


4. Udekoruj... wszystko.


Dekorowanie zostawiam sobie dopiero na drugą połowę grudnia - mimo całej miłości jaką darzę Święta, nie będę kretynem, który choinkę kupuje zaraz po 1. listopada. Co to to nie! Ale gdy wreszcie przyjdzie ten czas, mogę się artystycznie wyżyć na swoim pokoju - kupić małą choinkę, która będzie zdobić parapet (zamiast kompletnie wyschniętego kwiatka, ogrodnikiem to ja nie zostanę), obwiesić pokój lampkami (co jest supertrudne, biorąc pod uwagę, że nie mam łóżka rodem z tumblra ani pięknych okien z widokiem na góry; za to mam swojego własnego Jaśka, który potrafi coś wymyślić!) i położyć pierniki na stoliku obok (by móc je szamać - w końcu co sobie schudnę, to sobie przytyję). No i nie można zapomnieć o "dekorowaniu" siebie - świąteczny sweter to must-have każdego świątecznego dziwaka (jak ja). Jak dorzucicie do tego urocze kolczyki-gwiazdorki to naprawdę, możemy się zaprzyjaźnić.



5. Spędzaj miło czas (z Bubblem w tle)


Biorąc pod uwagę, że wierzę jedynie w Latającego Potwora Spaghetti, Święta nie łączą się w moim przypadku z Bogiem, narodzinami Jezusa i tak dalej. Wydaje mi się, że, dla niektórych w tym dla mnie, stały się tradycją zakorzenioną, nie tylko chrześcijańskiej, ale w polskiej kulturze. Stąd, dla mnie najważniejsze jest, by spędzić fajnie czas z najbliższymi, obdarowując się przy okazji prezentami i szamiąc pierogi. Mieć kilka wolnych dni, w których mogę poleżeć do góry brzuchem z Jasiem, zaprosić na noc Wojtkowiaczkę, słuchać świątecznej płyty Bubble i po prostu odpoczywać (w świetle lampek, żeby było jeszcze bardziej świątecznie). Najlepsze, co możecie dla siebie zrobić w Święta to po prostu przestać się stresować (szczególnie takimi głupotami jak: "czy na pewno nie przytyję jedząc kolejnego pieroga") i cieszyć się, krótkim bo krótkim, dniem.


     Ostatnio były filmy (o tutaj), które miały Wam poprawić humor. Licząc, że, wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami świętami, jesteście w dobrych nastrojach, przedstawiam Wam filmy, które... trochę Wam je popsują! No a przynajmniej sprawią, że trochę sobie pochlipiecie. Jeśli akurat jesteście w  odpowiednim humorze, żeby się trochę zdołować, przedstawiam Wam filmy, które wycisną z Was łzy (i paradoksalnie poprawią wam humor)

    Obok Ryfki chyba trudno przejść obojętnie - nie dość, że ubiera się bardzo-nie-zwyczajnie i po prostu nie da się na niej nie zawiesić oka, to jeszcze emanuje taką pozytywną energią, że od razu się człowiek uśmiecha. Joanna, bo tak naprawdę na imię ma jedna z najlepszych polskich "szafiarek" (które to słowo wymyśliła, co figuruje na liście jej największych osiągnięć) jest nie tylko kolejną blogerką modową, ale kimś z osobowością, kto oprócz ciuchów, na swojej stronie dzieli się przemyśleniami, małym kawałkiem swojego życia. Choć, jak sama mówi, nie podróżuje często, sam fakt wyjazdu sprawia jej dużą frajdę. Jesteście ciekawi gdzie lubi jeździć, co ją najbardziej kręci w podróży i jak się wtedy ubiera (w końcu to ważne, kiedy mówimy o szafiarce!)? - w takim razie zapraszam!


Ofierzynka: Oprócz postów modowych, w których zawsze zaskakujesz ciekawym zestawieniem, uwielbiam czytać Twoje zapiski z podróży. Szczególnie podobał mi się ten o Rzymie, który, jak już wszyscy pewnie wiedzą, bo podkreślam to na każdym kroku, jest moim ukochanym miastem. A jak Tobie się tam podoba? Chciałabyś wrócić do Wiecznego Miasta?

Ryfka: Rzym zrobił na mnie spore wrażenie, szczególnie ruiny starożytnych budowli. W szkole historia była zawsze najmniej lubianym przeze mnie przedmiotem, ale co innego czytać o niej w podręczniku, a co innego jej dotknąć. Niesamowite przeżycie. Być może kiedyś tam wrócę, ale raczej nieprędko, bo zamiast jechać drugi raz tam, gdzie już byłam, wolę jednak pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było.

O: A jakie jest najciekawsze miasto, w którym byłaś? Dlaczego je polecasz?

R: Zdecydowanie Barcelona. Ze względu na cudowną, bajkową architekturę, nieporównywalną z żadną inną, jaką widziałam.


O: Co według Ciebie jest najprzyjemniejszą częścią wyjazdu?

R: Rzadko podróżuję, ale kiedy już to robię, to ekscytuję się dosłownie każdą częścią wyjazdu - od planowania przez pakowanie (uwielbiam się pakować!), lot samolotem, włóczenie się po mieście, fotografowanie ciekawych widoków po przygotowywanie relacji na bloga. Najfajniejsza w tym wszystkim jest chyba zmiana otoczenia, wyrwanie się z rutyny i to, że każda podróż to taka jedna wielka niespodzianka - na każdym kroku coś cię zaskakuje!

O: Co jest Twoim must-have w drodze? Książka, muzyka? 

R: W podróży nie czytam, ani nie słucham muzyki (chyba że leci ze mną w samolocie jakieś płaczące dziecko). Jakoś nie mam do tego głowy - jestem zbyt przejęta. Zwykle albo wertuję przewodnik (wylatując), albo oglądam zdjęcia (wracając).

O: A teraz, żeby trochę zaspokoić ciekawość tych, którzy znają Cię głównie z szafiarstwa -  jak ubierasz się w podróży? Ja, przyznam szczerze, najchętniej pojechałabym w dresie i dziwię się ludziom, którym chce się ładnie wyglądać w samolocie. W końcu i tak wychodzisz z niego jakiś taki wymiętolony. Jaki jest Twój stosunek do ubrań w podróży? Byle jak, byle wygodnie czy może zależy Ci, by trzymać szafiarski poziom?

R: Wygoda ponad wszystko! Zabieram ze sobą minimum rzeczy, bo podróżuję tylko z bagażem podręcznym. Podstawa to wygodne buty i duża torba. Poza tym ubieram się całkiem zwyczajnie: dżinsy, bluza, luźna kurtka. Nie zaprzątam sobie zbytnio głowy tym, jak wyglądam. Skupiam się na obserwowaniu wszystkiego i robieniu zdjęć. Nigdy nie stroję się w podróży i nie robię "sesji modowych" na  bloga. Nie cierpię też takich typowo turystycznych zdjęć typu "ja i Wieża Eiffla", "ja i Koloseum", dlatego na 99% zdjęć z podróży w ogóle mnie nie ma. 


O: Jak wybierasz swoje cele? Szukasz ich w internecie, w gazecie, jedziesz gdzieś z polecenia?

Mam taką listę miejsc, które we mnie "siedzą" od dłuższego czasu i które chciałabym kiedyś odwiedzić. Zwykle do podróży motywują mnie... promocyjne ceny biletów lotniczych. Przed wyjazdem robię sondę wśród czytelników bloga - oni zawsze podpowiadają, co warto zobaczyć, czego lepiej unikać i podsuwają fajne miejsca, o których nie zawsze piszą przewodniki.

O: A może czytasz jakieś blogi podróżnicze, które mogłabyś nam polecić?

R: Przyznam, że nie śledzę regularnie blogów podróżniczych. Ale bardzo lubię na przykład relacje z podróży Asi (Styledigger)

O: Na koniec możemy trochę pomarzyć... Gdyby ktoś sprezentował Ci bilet w obojętnie jakie miejsce świata - gdzie by to było? Dlaczego?

R: Od kiedy przeczytałam "Japoński wachlarz" Joanny Bator, marzy mi się wyprawa do Japonii. Chętnie spędziłabym też tydzień lub dwa w Nowym Jorku, bo jak do tej pory byłam tam tylko przelotem. Koniecznie chciałabym też zobaczyć Wielki Kanion. A z takich bliższych podróży, to odkąd zostałam psychofanką "Sherlocka", mam ochotę na wycieczkę do Londynu śladami serialu. Może w nowym roku się uda?

wszystkie fotografie pochodzą z bloga SzafaSztywniary.blogspot.com
Obsługiwane przez usługę Blogger.