Lump yourself!

     Wstaję wcześnie... No dobra, dochodziła 9, ale dla mnie, największego śpiocha na świecie, była to niemalże noc. Co tak wcześnie wyrwało mnie z objęć Morfeusza? Chyba jedna z najbardziej przyziemnych rzeczy na świecie – zakupy. Ale nie byle jakie, gdzieżby znowu! Mam wydać 120 złotych na sweter? 60 złotych na bluzkę? Nie ze mną te numery! Zakupy robię w lumpeksach!

     Do second-handu dziarsko wchodzimy z moją przyjaciółką. Każda z nas zaopatruje się w czerwony, lekko zniszczony koszyk i ruszamy „na łowy”. Na początku trochę nieśmiało podchodzę do wieszaków, wręcz uginających się od ciężaru ubrań. Zaczynam je przeglądać, gdy obok pojawia się kobieta w średnim wieku, z wypchanym po brzegi koszykiem, zaczyna się rozpychać i z ogromną pasją szarpać ubrania. Trochę mnie to dziwi, no ale nic, każdy ma swój sposób na wyszukanie „perełek”. Uciekam więc kawałek dalej i znów wpadam w ogrom odzieży. Powoli, powoli wczuwam się w poszukiwania. Załącza mi się tryb łowcy, którego nie powstydziłby się wygłodniały wilk, buszuję między tonami zmechaconych swetrów, koszulek z jaskrawymi nadrukami i spodenkami z cekinami. Nie znajdując nic ciekawego, już trochę się nudzę, ale podchodzi do mnie przyjaciółka i pokazuje, jakie fantastyczne ubrania wyszukała. Z prawdziwym podziwem patrzę na markowe sukienki, które tutaj będą kosztować nie więcej niż 15 złotych. To dodaje mi energii! Już po chwili, znajduję piękny szary sweter, dokładnie taki jak chciałam. A do tego w moim rozmiarze! Biorę! Następnie, idąc śladem mojej przyjaciółki i mając nadzieję, że znajdę tak samo wartościowe ubrania jak ona, udaję się do stojaków, które chyba zaraz złamią się pod ciężarem kiecek. Po przejrzeniu kilku mniej lub bardziej niemodnych rzeczy, w oko rzuca mi się czarno-biała letnia sukienka . Zauważam, że dziewczyna obok też ją dostrzegła, więc czym prędzej zrywam ją z wieszaka (mi chyba też udzielił się syndrom wyżej wspomnianej pani w średnim wieku...). Ale udało się, sukienka jest moja! Po przejściu prawie całego sklepu, pozostał mi już tylko wielki kosz podpisany „Wszystko za dwa złote”. Trochę niechętnie do niego pochodzę, bo zastanawiam się, czy ktokolwiek byłby na tyle głupi (lub pozbawiony stylu, jak kto woli), żeby wyrzucić tam coś wartego uwagi. Kolejny raz przedzieram się przez ubrania, które byłyby hitem w latach 80', a teraz nadałyby się już chyba tylko na szalone disco w podrzędnym barze, i nagle, wśród sterty podniszczonych ubrań znajduję piękny, klasyczny, czarny szal. Prędko chwytam go w zmęczone poszukiwaniami dłonie i, jeszcze z lekką niepewnością, udaję się do lustra. Leży pięknie, nie jest zniszczony i kosztuje przecież 2 zł. Czyż to nie zakup idealny? 

     
     I dlatego cenię sobie lumpeksy. Bo przecież buszowanie po nich, to nie  tylko adrenalina („biegiem do jeansów zanim ktoś je zauważy!”) ale też niezwykła radość i satysfakcja, kiedy znajdziemy piękne ubranie, w bardzo korzystnej cenie. A będąc już w domu, znów podziwiam moje własną perełki i nawet tak bardzo nie żałuję, że musiałam tak „wcześnie” wstać. 


Sprawdź także:

Brak komentarzy :

Obsługiwane przez usługę Blogger.