Neeson, znów dałeś się uprowadzić?

- "Pompeje"! 
- Nie, pójdźmy na ten nowy film z Neesonem!
- Ale, ale... W "Pompejach" występuje "Jon Snow"! 
- Chodź na "Non-Stop" i nie marudź.


     Mój chłopak nie miał najmniejszych szans, jak zwykle postawiłam na swoim. Kupiliśmy bilety na "Non-Stop" i wolnym (Jasiu nadal był nieprzekonany) krokiem przeszliśmy do sali kinowej. Po kilkunastu minutach reklam i trailerów (mniej lub bardziej świntuchowych, z naciskiem na bardziej) rozpoczął się seans.
     Już od pierwszych minut byłam zauroczona montażem i zdjęciami. Ale w miarę filmu mój zachwyt topniał. I nie chodzi tylko o "ładne widoczki", co jest raczej oczywiste, bo jak można w jakiś odkrywczy i ciekawy sposób pokazać kilkadziesiąt metrów kwadratowych pokładu samolotu? Ale od początku! Zaczyna się naprawdę ciekawie. Tajemniczy i lekko nieobecny, mający niewątpliwie jakieś problemy osobiste, Bill Marks (Liam Neeson) wsiada do samolotu. Już na pokładzie poznaje, chyba podobnie do niego poturbowaną przez życie, Jen Summers (Julianne Moore), z którą próbuje "przetrwać" startowanie samolotu. I tu sprawy nabierają tempa. Gdy tylko stalowy ptak wzbija się w powietrze, Marks otrzymuje wiadomość, w której nadawca grozi zabijaniem kolejnych pasażerów lotu co dwadzieścia minut, chyba że agent wpłaci na konto terrorysty niebagatelną sumę stu pięćdziesięciu milionów dolarów. Rozpoczyna się gra z czasem. I choć pierwsze kilkadziesiąt minut naprawdę trzymało w napięciu, o tyle w miarę rozwijania się wątku, akcja rozpada się (mimo ciemności widzę triumfalne spojrzenie mojego chłopaka, wyrażające jednoznacznie "a nie mówiłem, że mamy iść na "Pompeje"?"). Neeson, który do tej pory bardzo dobrze radził sobie w filmach akcji (dwie części "Uprowadzonej" czy "Tożsamość") tym razem trochę zawodzi. W "Non-Stop" jest zdecydowanie zbyt wiele nieprawdopodobnej fabuły, która sprawia, że krytycznie patrzymy na wszystkie cuda, które wyprawia na pokładzie samolotu agent federalny. Zdziwiłam się, gdy w filmie zobaczyłam "Najlepszą Aktorkę Drugoplanową", ale chyba tylko zdaniem Akademii, bo i w tym filmie, Lupita Nyong'o niczym nie zachwyciła.


      Na film uparłam się ze względu Neesona, który zdobył moje serce rolami we wcześniej wspomnianych dwóch częściach "Uprowadzonej" czy w filmie z nieco innej beczki, "Przetrwaniu". Tym razem nieco mnie rozczarował. Ale skoro widziałam z nim już tak wiele przejmujących filmów akcji to i tak bez wątpienia pójdę na kolejny, w którym Neeson uprowadza/zostaje uprowadzony (on już chyba do śmierci będzie grał w takich filmach). Nie jest to oczywiście zły film. Ale nie jest też wybitnie dobry. Jeśli ktoś szuka półtorej godziny w miarę dobrej, wartkiej akcji, to raczej się nie zawiedzie. O ile oczywiście przymknie oko na niektóre szczegóły fabuły. 


Sprawdź także:

Brak komentarzy :

Obsługiwane przez usługę Blogger.