O tym, jak Leo znów nie dostał Oscara

     Od kilku dni towarzyszyło mi radosne uniesienie. I nie chodziło tu wcale o powrót do szkoły (dobre sobie!) czy wspomnienia z czasu spędzonego w Wiecznym Mieście, ale o jedyne w swoim rodzaju wydarzenie, mając miejsce tylko raz do roku. Prawdopodobnie najważniejszego tego typu nagrody pożądane zarówno przez reżyserów i aktorów. Nagrody Akademii Filmowej, znane powszechnie jako Oscary.
     W tym roku podobnie jak w poprzednim ("Silver Linings Playbook", "Django Unchained", "Amour") znalazłam wiele filmów, przy których bez zastanowienia kliknęłam "chcę zobaczyć" na Filmwebie. Do rozdania nagród nie udało mi się zobaczyć wszystkich, bo albo zwyczajnie mnie nie zainteresowały, albo doskwierał mi brak czasu. Z nominowanych produkcji, które udało mi się obejrzeć szczególnie cenię sobie "The Wolf of Wall Street" z jak zwykle niesamowitym Leonardo DiCaprio w reżyserii nieprzewidywalnego Martina Scorsese oraz "Dallas Buyers Club" z nowym zaskakującym nie-komediowym wcieleniem Matthew McConaughey i dość kontrowersyjną rolą wokalisty 30 Seconds to Mars, Jareda Leto. Oba filmy dotykały zupełnie innej tematyki: pierwszy z nich jest spisem życia pnącego się na szczyt w wielkim świecie Nowego Jorku Jordana Belforta, a drugi opowiada historię Rona Woodrofa, na którego barki spada wiadomość o chorobie. Choć, jako wierna fanka Leo, kibicowałam jego filmowi i jemu samemu w zdobyciu Oscara, nie obraziłabym się gdyby McConaughey zgarnąłby mu nagrodę sprzed nosa, gdyż pokazał na co go stać, odrzucając tym samym łatkę aktora, zdolnego wyłącznie do grania w komediach romantycznych. Nie byłabym również zawiedziona, gdyby Akademia wyróżniła przewrotny i zabawny "American Hustle" z niepowtarzalną Jennifer Lawrence lub "Her" - amerykański melodramat osadzony w niedalekiej (?) pastelowej, pozornie idealniej przyszłości. Nie rozumiem natomiast, jak można było pominąć tyle szalenie interesujących postaci czy produkcji (poza McConaughey, oczywiście, który zdobył Oscara w kategorii Najlepszy Aktor Pierwszoplanowy, i słusznie!) i zaszczycić największym filmowym wyróżnieniem filmy, które dla mnie samej są wielką tegoroczną porażką. 
     Po pierwsze: "12 Years a Slave". Ok, był przykry i nie zawsze miły dla oka. Żal mi czarnoskórych mężczyzn i kobiet, którzy niejednokrotnie byli wykorzystywani i naznaczeni odznaką "gorszy" przez setki lat. Tymi samymi uczuciami kierowali się chyba członkowie Akademii, bo ta produkcja była nudna jak flaki z olejem, a dwie godziny, które poświęciłam na seans zaliczam do całkowicie zmarnowanych. Nie rozumiem również jak można było pominąć wspaniałą Julię Roberts ("August: Osage County") czy wcześniej wspominaną Lawrence, w kategorii Najlepsza Aktorka Drugoplanowa i zamiast im, nagrodę przyznać występującej w "12 Years.." Lupicie Nyong'o, która, moim zdaniem, w filmie nie wyróżniła się niczym - no, chyba że przepełnione bólem spojrzenie jest warte Oscara. 
     Po drugie: "Gravity". Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Nie wiem jak film wykonany pewnie w 90% lub więcej przy pomocy techniki komputerowej mógł zgarnąć siedem (!) nagród. Nie mogę przeżyć tego, że taki Scorsese kręci film z tyloma aktorami, niesamowicie wymagającą scenografią i ociekający akcją i nie zostaje wyróżniony, a produkcja z, tak na dobrą sprawę, dwoma postaciami z wyłącznie dobrymi obrazkami (komputerowymi...) otrzymuje tyle wyróżnień. Brak słów.
     Akademio, w tym roku się zawiodłam, a w przyszłym was bojkotuję. 


Sprawdź także:

Brak komentarzy :

Obsługiwane przez usługę Blogger.