Nie-romantyczne nie-komedie

     First things first, nie znoszę komedii romantycznych. Nie, ja w ogóle nie znoszę komedii, niezależnie jakich. Znam je już wszystkie na wylot, zwyczajnie mnie nudzą i bynajmniej nie śmieszą swoim prostackim "humorem". No bo co mnie obchodzi, że przystojny i wyrozumiały facet poznaje piękną i niesfochowaną dziewczynę, w której zakochuje się do szaleństwa, ale jednak dwadzieścia minut przed końcem seansu następuje zgrzyt, ale to co, oni się godzą. Meh! Takie rzeczy po prostu się nie dzieją i nie mam zamiaru wprowadzać się w kompleksy, bo mój chłopak nie całuje mnie w ulewnym deszczu. Takie życie! Jednak, jak zwykle wyjątek potwierdza regułę i wśród wszystkich szmirowatych filmów o prawdziwej i nieskazitelnej miłości (akurat!) znajdą się perełki. Są nimi na pewno "About time", "Begin again" czy "500 days of Summer". Ich bohaterzy może nie są idealni, ale co z tego? Nikt z nas nie jest. A o ile lepiej ogląda się filmy, do których można się odnieść i nie popaść przy tym w ogromne kompleksy?


     Pierwszy z nich, opowiada historię dwóch młodych ludzi, nie będących wcale ideałami - on (Domhnall Gleeson) jest rudy i całkiem nieporadny, a ona (Rachel McAdams) ma śmieszną grzywkę i, jak sama twierdzi, wygląda jak wiewiórka. W ich historii nie ma właściwie nic niezwykłego - on nie przybiega do odlatującego samolotu z nią jako pasażerką, ani nie całują się w deszczu po prawie-niszczącej-ich-związek kłótni. To po prostu przeurocza opowieść o miłości i o tym, jak cieszyć się życiem. Może brzmi stereotypowo, ale jest to ostatnie słowo, którego można użyć na określenie tego filmu. Aha, byłbym zapomniała, on podróżuje w czasie. Poza tym wszystko jest, na pierwszy rzut oka, banalne. Ja się popłakałam. Bardzo. Dużą zaletą tego filmu oprócz braku schematyczności jest także drugoplanowa rola genialnego Billa Nighy. No, i jest to brytyjski film. Czego chcieć więcej?


     Kolejnym filmem, który chcę Wam bardzo polecić jest "Begin Again". Nie wiem nawet, czy ten film obrazić stwierdzeniem, że jest komedią romantyczną, no ale niech będzie. Może tym razem się nie popłakałam, ale dobry humor zapewniony na cały tydzień. Znów poznajemy dwoje ludzi - ona (Keira Knightly) jest utalentowaną acz skromną piosenkarką i gitarzystką, a on (Mark Ruffalo) jest (byłym?) szychą w branży muzycznej. Kiedy się spotykają, nie są w najlepszej formie - ona została rzucona przez faceta, świeżo upieczoną gwiazdę rocka, natomiast on zapija smutki i ubolewa nad brakiem muzycznych perełek, na których mógłby trochę zarobić. Ona może stać się jego szansą na ponowny sukces. Razem chcą zrobić coś nowego, zupełnie (jak dla mnie) niesamowitego - nagrać płytę na ulicach Nowego Jorku. "Najcieplejsza komedia roku" głosi tytuł z baneru reklamowego. Nie mogę się nie zgodzić.


     Ostatnim filmem na mojej osobistej liście niebanalnych komedii romantycznych jest "500 days of Summer". Jest to obraz jedyny w swoim rodzaju - akcja przeplata się, jest niechronologiczna i przez to superciekawa i wciągająca. "This is a story of boy (Gordon Joseph-Lewitt) mets girl (Zooey Deschanel)". Znów banał. I ponownie, historia tak się komplikuje, że wychodzi z tego coś wyjątkowego. Bo już na samym początku się rozstają. A on próbuje ogarnąć jak to się właściwie stało. Może i z tego wszystkiego staje się najsmutniejszą "komedią" w zestawieniu, ale i tak jest warta obejrzenia. I popłakania, jak zwykle.


    Co łączy te wszystkie filmy i sprawia że daję im "10" i serduszko na Filmwebie? Są urocze, poprawiają humor, nie wpędzając mnie przy tym w kompleksy (bo przecież nie jestem taka ładna jak ta aktorka, a mój chłopak nie przynosi mi codziennie kwiatów) no i maja fantastyczny soundtrack. No, i najczęściej na nich płaczę. A to już wyznacznik naprawdę dobrej nie-romantycznej nie-komedii. 


Sprawdź także:

5 komentarzy :

  1. +10 za '500 days of summer'.

    OdpowiedzUsuń
  2. No kurczę, jak to możliwe, że ja żadnego z tych filmów nie znam? o.O Naprawdę niemożliwe.
    A już tak co do tematu, to ja lubię komedie (na poziomie jeśli można tak określić xD), bo pozwalają mi przestać myśleć o problemach, wyluzować się. Ale fakt faktem teraz wszystkie komedie (ok, większość) są oparte na tym, jak to określiłaś, prostackim humorze. I to jest coś co mnie bardzo irytuje, bo komedia powinna uraczyć widza inteligentnym, bardziej wysublimowanym żartem. A tak to tłuką jeden i ten sam temat. Plus te ckliwe momenty, gdy całują się w deszczu- też nie dla mnie. Momentami (za przeproszeniem) rzygać się chce :D Nawet w moje ulubionej komedii jest taki moment, ze mam ochotę wyłączyć telewizor i nie oglądać, bo jest iście hollywoodzki xD
    Rozpisałam się ale dodam jeszcze, że lubię Zooey Deschanel ;) Przy rachel McAdams to ja bym popadła w kompleksy, jest prześliczna! Ale nie mam tej skłonności oglądając filmy więc śpię spokojnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, nie mogę się nie zgodzić :D
      Te filmy musisz koniecznie nadrobić, bo są po prostu niesamowite! Przy oglądaniu "about time" płaczę za każdym razem (i to takimi rzewnymi łzami!)

      Usuń
  3. Dzieki za podrzucenie pomysłu, jak spędzić dzisiejszy wieczór :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.