"Dziwny jest ten świat, gdzie wciąż mieści się tyle zła"

     Pewnie każdy z Was zna to uczucie po smutnym filmie - w sali kinowej zapalają się światła, napisy dobiegają końca, ale nadal panuje cisza. Nikt nie chce swoją paplaniną psuć powstałej atmosfery, a później przez jakiś czas film w nas "siedzi", nie dając o sobie zapomnieć. Dokładnie tak było z "Miastem 44". Najnowszy film o powstaniu warszawskim przyniósł takie same odczucia. Znów głęboko zapada w pamięć i przypomina całe zło wyrządzone przez Niemców i Sowietów w czasach drugiej wojny światowej.

     Chyba fabuły opowiadać nie muszę. Bohaterów, Stefana i jego przyjaciół, poznajemy niedługo przed wybuchem powstania warszawskiego. Są to, oczywiście, młodzi ludzie, pełni nadziei, radości życia, miłości, ale także patriotyzmu. Chcą walczyć, wyzwolić swój kraj spod okrutnej władzy okupantów. No cóż, wiadomo jak to się dla nich skończy. Komasa przez dwie godziny pokazuje ich odwagę, poświęcenie, a później już tylko porażkę. Reżyser bardzo dobrze poradził sobie z filmem - nie nawkładał tam takich głupot jak w filmie "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" - nie starał się na siłę połączyć dwóch światów, teraźniejszego i ówczesnego, których, mam wrażenie, nie sposób porównywać, czy pseudoraperów. Po prostu ciekawie opowiedział historię, bez zbędnych udziwnień (chociaż... ale o tym za chwilę), którą chyba każdy z nas zna.


     Film dobrze się ogląda - jest ładnie zrobiony, fajnie wykadrowany i nie nudzi, co dziwne, biorąc pod uwagę powtarzalność tematu w polskiej kinematografii. Podoba mi się też różnorodność postaci - nie ma nikogo jednoznacznie dobrego lub złego. Nie ma idealnych powstańców i samych okrutnych Niemców. Za duży plus uznaję to, że Komasa nikogo nie wybielił, ani też specjalnie nie oczernił. Kolejną rzeczą na plus jest bardzo dobre oddanie "klimatu" wojennego - przy niektórych scenach (nie chcę zdradzać zbyt wiele, sami musicie się przekonać!) można poczuć, jakby było się wtedy na ulicach Warszawy. Czuje się przenikliwą pustkę i smutek, widząc zrujnowane miasto i setki martwych ciał na jego ulicach. A teraz wróćmy do tych udziwnień i minusów... Nie wiem skąd reżyserowi wpadł do głowy pomysł, by sceny z trupami na warszawskich ulicach przełamać ni stąd, ni zowąd seksząca się parką w rytmie techno. Oprócz tego efekty specjalne - latające kule niczym w matrikisie? Tak się nie robi. Po prostu nie! Nie w takich filmach. Oprócz tego nie zachwyciła mnie gra aktorska głównego bohatera, Stefana (w tej roli Józef Pawłowski). Był sztywny, nieciekawy, nijaki. Bardziej skupiałam się na postaciach drugoplanowych niż na nim. Generalnie mógłby wcale nie występować w filmie, a chyba nikt nie zauważyłby różnicy... Mocniejsze były tu role kobiece, na przykład "Biedronki" (Zofia Wichłacz), która dużo lepiej radzi sobie ze swoją, bądź co bądź trudną, rolą.

     Widziałam już kilka produkcji o powstaniu warszawskim. Były gorsze, jak na przykład wcześniej wspomiane "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały", ale też lepsze. Jest to pewien powiew w świeżości w formacie filmu. Nie jest on tylko i wyłącznie o powstaniu, walkach, czysto historycznie. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że walki są jedynie tłem do pokazania emocji, cierpienia ludzkiego. Przede wszystkim młodych ludzi, takich jak my, którzy musieli zmierzyć się z bardzo trudną sytuacją. Film nie nudzi, ale i nie zaskakuje. Zresztą, śmiejemy się trochę z Amerykanów (przynajmniej ja z Frącolem...), że mają swoje filmy o murzynach, które zawsze dostaną Oscara. Well, my mamy powstanie warszawskie i ten temat zawsze będzie na topie. I dobrze!


Sprawdź także:

2 komentarze :

  1. Kawałek o amerykańskich oskarowych produkcjach całkowicie podbił moje serce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszyscy ostatnio o tym mówią, chyba się skuszę :)

    www.traveltheworldwithde.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.