Expect the unexpected czyli "Interstellar" Christophera Nolana



    Dobra, taki żarcik, choć, uwierzcie mi na słowo, tak właśnie wyglądałam po seansie "Interstellara", Postaram się jednak coś skrobnąć, chociaż jest ciężko, bo nadal nie mogę wyjść z podziwu.

Przed rozpoczęciem trochę się z Frącolem chichraliśmy, to się za łapki potrzymaliśmy. W trakcie wyświetlania obrazu, oczywiście, uspokoiliśmy się ale, jak zwykle, co jakiś czas cichutko komentowaliśmy. Ale gdy film rozkręcił się na dobre, po prostu siedzieliśmy i nawet nie chcieliśmy mrugnąć, by nie stracić ani sekundy filmu; zupełnie niezdolni do jakiegokolwiek komentarza. Oszołomieni geniuszem, nie chcieliśmy psuć atmosfery. Taki stan utrzymał się do włączenia świateł. Siedzieliśmy tam, zszokowani i zachwyceni. A po wyjściu z kina gadaliśmy o tym przez półtorej godziny (jak dobrze że autobus nie podjechał!). Ale od początku,

     O filmie nie wiedziałam kompletnie nic, totalne zero. Jeśli i Wy nie wiecie - niech tak pozostanie! Nie miałam pojęcia o fabule, aktorach (oprócz Matthew McConaughey aka co-za-przemiana) i nie miałam wobec niego właściwie żadnych oczekiwań, nie spodziewałam się niczego konkretnego. Na początku poznajemy Coopera, który wraz z rodziną mieszka na farmie. Nie wiedzie się im zbyt dobrze, zresztą mało komu się powodzi, z powodu coraz bardziej rozpowszechniających się problemów związanych z brakiem żywności. Ludzie umierają, wydaje się, że nie ma nadziei, brakuje nawet pomysłu na ratunek. I w tym momencie się zamknę i nie powiem Wam nic więcej. Zabraniam Wam patrzeć na trailery i opisy na Filmwebie, odradzam czytanie jakichkolwiek recenzji bo zawierają spojlery (o tym kiedy indziej!), które popsują Wam cały efekt. Napiszę tylko tyle - spodziewajcie się niespodziewanego. 


     Bo film jest po prostu genialny. Pamiętacie jak w marcu pisałam, że będę bojkotować rozdanie Oscarów? Teraz już na sto procent to zrobię, bo, moim zdaniem, nawet bez oglądania pozostałych nominacji, "Interstellar" powinien wygrać we wszystkich oscarowych kategoriach - od reżysera, przez aktorów, po scenariusz i muzykę. On po prostu nie ma wad, czegoś, do czego, nawet na siłę, można by się przyczepić. Muszę przyznać, że nie ogarniam geniuszu Nolana - z każdym kolejnym filmem jest coraz lepszy, wyznacza zupełnie nowy poziom tworzenia filmów i podnosi poprzeczkę. Masz wrażenie, że stworzył "Prestiż" i to będzie dzieło jego życia, a on dowala Ci jeszcze dwie części "Batmana" (a jedna lepsza od drugiej) i "Incepcję". Fuck you Nolan, jesteś zbyt zdolny. Reżyser nie dość że ma superciekawe pomysły, to i dobre oko do aktorów. McConaughey, który ostatnio, skutecznie zresztą, próbuje zerwać z łatką zabawnego przystojniaka, jest na to najlepszym przykładem - jego głos i sposób mówienia, mimika, po prostu jego gra jest na najwyższym poziomie. Po filmie razem z Frącolem mieliśmy rozkminę, że życie jest strasznie niesprawiedliwe - Leoś całe życie stara się o oskara a tu nagle przychodzi i dwoma filmami zabiera mu oskara sprzed nosa McConughey od co najmniej dziesięciu lat gra w samych szmirach, nagle zabiera się za trzy filmy i dostaje Oscara, natomiast Leoś stara się całe życie, pracując na swój wizerunek, a prestiżowej nagrody nie ma. Biedak. Ale wracając do "Interstellara" - mamy tu także mocne role kobiece - Anna Hathaway czy Jessica Chastain, one wraz z McConughey naprawdę "robią" ten film. Ważne są również role drugoplanowe - postaci takie jak Michael Caine czy Matt Damon to kolejne mocne punkty obrazu.

     Przechodząc do strony bardziej technicznej. I tutaj brak wad! Muzyka jest perfekcyjna, czemu trudno się właściwie dziwić, bo skomponował ją sam Hans Zimmer - łagodne dźwięki, mocne rytmy budujące napięcie i cisza, akurat tam gdzie jej potrzeba, wszystko idealnie. Kolejnym mocnym punktem są zdjęcia i montaż - film jest po prostu pięknie zrobiony. Mówiąc o "Interstellarze" nie można zapomnieć także o efektach specjalnych, które robią piorunujące wrażenie i wbijają w fotel. Zresztą podczas prawie trzy godzinnego (!) seansu cały czas jesteśmy wbici, nie, wmiażdżeni w fotele. 

     Doskonały obraz dopełnia naprawdę ciekawa fabuła, która jest oparta na prawdziwych teoriach, stworzonych przez fizyka Kipa Thorne. Pewnie łatwo jest obalić teorie naukowe, które serwuje widzowi reżyser - ale co z tego? Tutaj chodzi o dobre kino, akcję, o to by trochę oderwać się od rzeczywistości. To nie jest dokument. Przez cały seans nie da się nudzić - obraz jest wielowątkowy, po obejrzeniu stwierdziliśmy, że film mógłby zakończyć się w kilku różnych momentach i byłby tak samo genialny (nie chcę nic zdradzać, przekonajcie się sami!). Poza tym jest okropnie wzruszający, kilkukrotnie łapał nas za gardło. Oczywiście, jak na Nolana przystało, nie są to wzruszenia w stylu sobotniego seansu w TVN-ie, ale naprawdę dobrego kina.

     Tak jak już napisałam - gdybym ja była jednoosobową Akademią odpowiedzialną za Oscary, przyznałabym je "Interstellarowi" we wszystkich kategoriach i zrobiłabym to bez wahania. Na szczęście, podobno zapowiedziano już jakiś super-poważny, super-smutny, a zarazem super-nudny film, więc mamy faworyta! Ale nie przejmuję się tym (bo bojkotuje gnojków z Akademii) - dla mnie "Interstellar" jest jednym z najlepszych filmów, jaki kiedykolwiek powstał. Fabuła, aktorzy, oprawa - wow. Pomysł na film - wow. Wniesienie filmu na zupełnie inny poziom, poziom perfekcji, którego przez długi czas nie osiągnie żaden obraz - wow. Wow, po prostu wow. 



Sprawdź także:

1 komentarz :

Obsługiwane przez usługę Blogger.