Film nie tylko dla nastolatków - "Igrzyska śmierci: Kosogłos. część 1"

     Na tę chwilę czekałam rok - niemalże dokładnie, bo 22. listopada 2013 obejrzałam drugą część trylogii Suzanne Collins. Jak już pisałam, nie wiedziałam nic, oprócz, o ironio, treści, bo przeczytałam książkę. Możecie więc wyobrazić sobie moje (i mojego chłopaka, który jest fangirlsem Jennifer Lawrence) podekscytowanie, kiedy jechałam do kina i nie mogłam wysiedzieć na dupce w tramwaju, a potem już na sali kinowej. Z okazji takiej wyjątkowej okazji kupiliśmy nawet kinowe naczosy (najgorzej wydane dwadzieścia trzy polskie złote) i kiedy zasiadłam w wygodnym fotelu, zacierałam łapki z niecierpliwości. A po filmie było mi smutno, że w ogóle poszłam...


    ...Bo na kolejną część muszę czekać kolejny rok. Nie wytrzymam! Wiedziałam co się stanie, ale i tak film trzymał w napięciu - gdy istniało zagrożenie życia jednego z bohaterów czy następował zwrot akcji, mocniej ściskałam rękę Frącola i przeżywałam jak nie wiem co. Choć, wydaje mi się, że ktoś, kto nie jest zapalonym fanem "Igrzysk" może się trochę wynudzić i być zawiedzionym, gdyż ta odsłona jest tylko (i aż) wprowadzeniem do drugiej odsłony "Kosogłosa", a po seansie jesteśmy jeszcze bardziej zaciekawieni, co się właściwie stanie, niż przed. Nie ma tutaj, tak jak w poprzednich filmach, konkretnego początku i zakończenia. Jest to dopiero rozpoczęcie akcji, która będzie kontynuowana w następnej części. I dopiero będzie się działo! Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence) mimo woli staje się symbolem rewolucji, tytułowym Kosogłosem, która ma zakończyć panowanie prezydenta Snow (Donald Sutherland) i przywrócić porządek światu - bez wyzysku i społecznych nierówności, a, co chyba nawet ważniejsze, bez Igrzysk. Przed nią trudne zadanie, gdyż większość mieszkańców Panem nie jest w stu procentach przekonanych do przewrotu. Czy Katniss sprawdzi się w swojej roli i zgromadzi wokół siebie lud Panem? Czy uda im się wyzwolić spod ucisku Kapitolu?


     W filmie i książce podoba mi się przede wszystkim to, że choć grupą docelową, dla której tekst powstał, byli nastolatkowie/młodzi dorośli, nie jest to obraz na intelektualnym poziomie "Zmierzchu" (no offence) czy innej opowieści o wampirach/wilkołakach/nieszczęśliwie zakochanych (niepotrzebne skreślić). Niby jest trójkąt miłosny, niby jest młoda bohaterka i jej zmagania ze światem, a mimo to "Igrzyska Śmierci" są czymś więcej niż kolejną lekką książką dla nastolatków, poruszają ważniejsze temat - trudną walkę o wolność i równość, pokazują jak wygląda życie podczas wojny i bycie pod propagandą, jaką szerzy władza. Trylogia ukazuje w krzywym zwierciadle nasze czasy - zmanipulowanych ludzi, z wypranymi mózgami, ludzi, którzy nie wiedzą już, co jest dobre a co złe, nie potrafią rozróżnić rzeczy ważnych od nieważnych. Najlepszym przykładem takiego zachowania jest Effie - mieszkanka Kapitolu, która jest na tyle zmanipulowana, że mówiąc o rewolucji bardziej przejmuje się wyglądem niż faktycznymi działaniami. Sytuacja powtarza się z Heavensbee, który, by wzmocnić propagandę rewolucjonistów, wysyła Katniss do niebezpiecznych Dystryktów, tylko po to żeby pokazać jej prawdziwe emocje, by przekonać ludzi do swoich racji. "Igrzyska" pokazują świat bezdusznych ludzi, pozbawionych skrupułów, którzy zrobią wszystko, by osiągnąć to, co chcą. Znajome?


     Najmocniejszymi punktami, oprócz oczywiście treści, są postaci - te, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe są dopracowane (i zagrane) perfekcyjnie. Najlepszym przykładem jest Katniss Everdeen, grana przez Jennifer Lawrence, której udaje się idealnie oddać charakter granej postaci. Wydaje mi się, że z rolą Everdeen twórcy nie mogli trafić lepiej - w wykonaniu każdego innego Katniss byłaby wkurzająca, a jej niepokorność i upór działałyby tylko na nerwy. Tym razem w cieniu pozostaje pierwszoplanowy w poprzednich częściach Peeta Mellark (Josh Hutcherson), który mimo małej roli, gra bardzo dobrze i przekonująco. Jeśli chodzi o drugi plan, prym wiodą Haymitch (Woody Harrelson), który jest niezwykle barwny i wprowadza trochę humoru do, bądź co bądź, smutnego nastroju, Effie (Elizabeth Banks), która jest tak głupiutka, że chwilami aż urocza (choć częściej jest to przykre), a także Plutarch Heavensbee (Philip Seymour Hoffaman), którego postać zyskuje w tym filmie w stosunku do poprzedniego - pojawia się jakaś tajemniczość, nie do końca wiemy co on tam kombinuje, nie potrafimy jednoznacznie określić jego zamiarów. Z jednej strony stoi po stronie rewolucji, z drugiej zaś wykorzystuje traumatyczne przeżycia Katniss, by wzmocnić odbiór swoich propagitów (czyli filmików propagandy). Kolejną zaletą jest nieprzekombinowanie - są sceny akcji, ale bez jakiś, zupełnie niepotrzebnych, matriksowych efektów specjalnych; film Lawrence'a nie jest tak efektowny jak poprzednie, ale na pewno nie jest przez to gorszy. Twórcy wiernie oddali treść książki, skupiając się na relacjach między postaciami i opowiedzeniu historii ze szczegółami, a nie byle szybko, po łebkach (co mam wrażenie zrobiła Collins pisząc trzecią część, stąd moja wielka radość, że film podzielono na dwa). Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że obraz podoba mi się bardziej niż powieść - a to wszystko dzięki super aktorom, którzy odwalili kawał dobrej roboty! Last but not least, muzyka jest dobrana idealnie; sami musicie się przekonać, ale mnie wprost zaczarowała, szczególnie piosenka wykonywana przez Katniss - jestem zakochana!

     
     Nie potrafię jednoznacznie ocenić "Kosogłosa cz.1", bo uważam, że powinno się to robić dopiero po obejrzeniu dwóch części - w końcu ta jest tylko przedsmakiem przed tym, co czeka nas w wielkim finale. Film Francisa Lawrence'a może wydawać się zbyt długi, chwilami męczący czy nużący, a część z nie-tak-wielkich-fanów może myśleć, że to bezsensowne rozdzielenie obrazu, byle wycisnąć więcej kasy, ale wydaje mi się, że jest to konieczne, by w pełni zrozumieć przekaz filmu, trudną drogę do wyzwolenia spod manipulacji i reżimu. To dopiero początek buntu. Twórcy dopiero rozniecają ogień, który tli się nieśmiało, ale w końcu prawdziwy płomień wybuchnie. I wtedy nie będzie już odwrotu.


Sprawdź także:

7 komentarzy :

  1. Byłam w piątek na tym filmie w kinie. Pojechałam na 22:00, bo tylko na tą godzinę znalazłam jeszcze wolne miejsca. Byłam z przyjaciółką, która tak samo jak ja jest zapaleńcem książkowym i takie trylogie pochłaniamy w jednego, czy dwóch tygodni. Faktycznie, na początku miałam niesamowicie dużo emocji w sobie, ale mam wrażenie, że moje podniecenie filmem z minuty na minutę słabło. Film technicznie/graficznie zrobiony fenomenalnie, aktorska gra też na całkiem niezłym poziomie, ale czemu aż tak bardzo musieli naciągnąć tą część. Jako osoba, która przeczytała Kosogłosa, długo się zastanawiałam, jak można to w ogóle podzielić, żeby w jakiś sposób chwyciło to ludzi za serce. Według mnie w tym wypadku powinna wyjść jedna część. :( Tutaj, praktycznie dwie godziny akcji skupiało się tylko na filmach, które nagrywali dla siebie - prezydent i 'Kosogłos'.. Film dobry, ale szkoda, że rok czekania, a tu tylko zbyt długi jak na mój gust wstęp..

    OdpowiedzUsuń
  2. Może masz rację z tym "chwyceniem ludzi za serce" - na pewno będzie to utrudnione, jeśli ktoś nie jest zapalonym fanem. Ale myślę, że dobrze, że to rozdzielili - nie wyobrażam sobie, żeby to wszystko "załatwili" w 45 minut a potem w 45 całą resztę. Szczególnie druga część by na tym straciła. A pierwsza mimo wszystko mi się bardzo podobała - nie była już taka pełna akcji jak dwie poprzednie, ale mam wrażenie, że przez to film tak jakby "dojrzał", zresztą moim zdaniem z filmu na film jest lepiej :) Już nie mogę się doczekać finału i nie wiem jak wytrzymam ten rok :(

    OdpowiedzUsuń
  3. W połowie się zgadzamy, a na pewno w tym, że nie nie wiemy jak wytrzymamy do kolejnej części ! :(

    OdpowiedzUsuń
  4. ja z kolei nie byłam fanką poprzednich części (filmów)...i z takim nastawieniem podeszłam do "Kosogłosa" w efekcie nie byłam w kinie bo stwierdziłam, że nie warto...a tu nagle:) parę dni temu oglądnęłam sobie na kompie- i muszę powiedzieć, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona...szczególnie doceniam "sięgnięcie głębiej niż walka na arenie"...i pan J.N. Howard "wstrzelił się" wreszcie z odpowiednią muzyką w odpowiednie momenty:) książki (jeszcze:D) nie czytałam...ale dzięki temu byłam widzem na którego mocno zadziałał efekt "ciszy przed burzą", narastającego napięcia...i jeszcze takie 2 rzeczy o których prawie wszyscy piszą w związku z tym filmem: 1. absolutnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że film jest urwany-jest po prostu zakończony w dobrym momencie (ze względu na napięcie o którym już było). 2. nie zgadzam się, że film jest rozwleczony i przez to nudny...nie wiem jak Wy, ale ja miałam przez to czas na przemyślenia- fakt, nastolatką już nie jestem(od 3 lat;)), wymagam od filmów więcej niż formę (akcja, efekty specjalne itd.) a od fabuły więcej niż rozterki miłosne głównych bohaterów i właśnie takie są ostatnie "Igrzyska.."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się w stu procentach :)

      Usuń
    2. to ja jeszcze dodam po "połknięciu" :D (dosłownie) książek: z perspektywy książek tj jeszcze lepszy film niż wcześniej się wydawał;) mało który reżyser potrafi nie spaprać filmu na podstawie książki, a tutaj wręcz niektóre rzeczy lepiej wybrzmiewają niż w książce(jak słusznie Autorka bloga zauważa;))- chociaż i książki nie ma się co czepiać, bo forma narracji z perspektywy Katniss jest fenomenalna...i uważam, że spokojnie akcji starczy na kolejny 2-godzinny film...jednego się tylko obawiam- zakończenie w książce chociaż zaskakujące i oryginalne, jest skomplikowane i chyba ciężkie do przełożenia na ekran bez jakichś uproszczeń, które z kolei mogą negatywnie wpłynąć na jakość ostatniej części filmu.

      Usuń
    3. mam nadzieję, że twórcy filmu poradzą sobie z zakończeniem, bo faktycznie jest dobre :) i cieszę się, bo w książce to wszystko było trochę za szybko (akcja w Kapitolu) - fajnie, że w filmie są na to dwie godziny :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.