5 filmów, które sprawią, że spłakniesz się jak norka.

     Ostatnio były filmy (o tutaj), które miały Wam poprawić humor. Licząc, że, wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami świętami, jesteście w dobrych nastrojach, przedstawiam Wam filmy, które... trochę Wam je popsują! No a przynajmniej sprawią, że trochę sobie pochlipiecie. Jeśli akurat jesteście w  odpowiednim humorze, żeby się trochę zdołować, przedstawiam Wam filmy, które wycisną z Was łzy (i paradoksalnie poprawią wam humor)


1. "Now is good" (2012)

Umierająca na białaczkę Tessa (Dakota Fanning) postanawia spisać listę rzeczy, które chce zrobić przed śmiercią. Zaczyna dość destrukcyjnie - szlajając się nie-wiadomo-gdzie z przyjaciółką (Kaya Scodelario), a nawet kradnąc. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Adama (Jeremy Irvine). Zakochują się w sobie i starają się jak najlepiej przeżyć czas, który mają. Absolutny wyciskacz łez, przypominający jakie życie jest niesprawiedliwe - dlaczego w ogóle ktokolwiek, a szczególnie tak młody, ma raka? Poza tym, może trochę banalnie, ale wydaje mi się, że czasem potrzebujemy przeczytać/zobaczyć coś takiego, by uświadomić sobie, że życie mamy tylko jedno i naprawdę nie warto przejmować się kolejną dwóją z historii (ja), stłuczonym ekranem w telefonie (ja) czy czymkolwiek innym. 


2. "Perfect Sense" (2011)

Ludzie tracą zmysły w wyniku dziwnej epidemii. Starają się jakoś z tym radzić - gdy tracą węch, szukają innych sposobów by cieszyć się chociażby jedzeniem. Gdy zanika kolejny zmysł, znów to robią. Ale kiedy nie przychodzi ratunek, a ludzkość stoi na skraju przepaści, pozbywając się kolejnych zmysłów rodzi się panika. Pośród tego wszystkiego znajduje się dwójka zakochańców (Ewan McGregor i Eva Green), którzy przede wszystkim nie chcą stracić siebie. Czy im się to uda? Wydaje mi się, że ten film to coś zupełnie innego od znanych nam obrazów z kategorii "katastroficznych". Jest przykładem chyba najsubtelniejszej apokalipsy - co prawda nikt nie rozwala Ci domu, ani zombiaki nie próbują Cię zjeść, ale przestajesz czuć. Czy to nie jest gorsze? 

PS Eva Green jak zwykle pokazała cycki - gdybym Was jeszcze nie przekonała.



3. "Amour" (2012)

Georges (Jean-Louis Trintignant) i Anna (Emmanuelle Riva) to nierozłączne małżeństwo - są ze sobą od pięćdziesięciu lat i ani myślą to zmieniać. Niestety, choroba kobiety wcina im się w paradę. Jak poradzą sobie z taką przeszkodą? Film może być uznany za nudny - nie spodziewajcie się po nim wartkiej akcji. Ale swym spokojem wręcz piorunuje. Patrzysz i myślisz sobie "to jest prawdziwa miłość", życzysz sobie, byś kiedyś kogoś tak kochał i byś sam był tak kochany. Piękne.



4. "Bucket list" (2007)

Dwóch umierających facetów (Jack Nicholson i Morgan Freeman) poznaje się w szpitalu - pałają do siebie raczej negatywnymi emocjami. Co na szczęście, biorąc pod uwagę że dzielą szpitalny pokój, szybko się zmienia. Postanawiają stworzyć "bucket list" i rozpoczynają konsekwentnie ją realizować. Ta propozycja jest chyba najbardziej pozytywna z dzisiejszego zestawienia. Kolejny obraz, który pokazuje nam, że tak naprawdę nie ma się czym przejmować - po prostu zacznij spełniać marzenia, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Wydawałoby się, że nie można stworzyć komedii o umieraniu. Well, Nicholson i Freeman zrobili - i wyszło im to naprawdę fajnie!



5. Mr. Nobody (2009)


Pozornie najmniej pasujący tutaj film, ale uważam, że warto się nim podzielić, bo to jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam (i na których się popłakałam, bo nie byłabym sobą). Na długo zapada w pamięci (i, w niektórych przypadkach, potrzeba czasu, by go zrozumieć). 120-letni Nemo Nobody to ostatni śmiertelny człowiek na ziemi. Jego śmiertelność jest na tyle niezwykła, że staje się wręcz celebrytą. Co smutne - wszyscy chcą widzieć jak umrze. Stara się przypomnieć sobie kim jest, jak potoczyło sie jego życie i jak mogłoby się potoczyć, gdyby podjął inne decyzje. Strasznie miesza w głowie i sprawia, że zastanawiamy się "co by było gdyby...", Pomysł podobny do "Efektu Motyla", ale Jared Leto a Ashton Kutcher to z góry wygrany (przez Leto oczywiście) pojedynek. Poza tym realizacja jest o niebo lepsza - właściwie nie ma porównania, szczególnie w kwestii muzyki, która w "Mr, Nobody" jest po prostu ge-nia-lna. "Efekt.." jest bardzo płytki, banalny (pewnie po części za sprawą "przystojnej" mordki Kutchera), Jaco van Dormael wniósł problem na inny, wyższy poziom. Sama siebie zachęciłam (i zaraz chyba obejrzę film kolejny raz), mam nadzieję, że Was też!





Sprawdź także:

Brak komentarzy :

Obsługiwane przez usługę Blogger.