Wszystko zaczyna się od zeszytu

     Już jakiś czas temu dostałam od mojego Tatki zeszyt. Tu, muszę przypomnieć, że mój Tata ma w domu wszystko - od starego Łucznika Babci, przez moje laurki z przedszkola, po milion zegarków (a jeden z nich mi sprezentował, o czym pisałam już wcześniej). I tym "wszystkim" bardzo chętnie się dzieli - wystarczy, że powiem "tato, ale masz fajne..." lub "tatuś, potrzebuję.." i prawie od razu to dostaję. Prawie, bo przecież trudno odnaleźć się w takiej ilości rzeczy! Tak samo było z tym zeszytem - leżał na jasnoniebieskim biurku Taty, pomiędzy różnymi przyborami. Zwróciłam na niego uwagę, bo miał ładną okładkę i po prostu wpadł mi w oko. Godzinę później wychodząc z domu, dzierżyłam go w łapkach i zastanawiałam się co właściwie z nim pocznę.


    No właśnie. Na pewno nie potrzebowałam już zeszytu do szkoły. Poza tym, kto marnuje fajne rzeczy na szkołę? Był więc pretekst, żeby rozpocząć coś nowego - może zacząć pisać wiersze albo rysować, może zapisywać tam jakieś cytaty? A może spisywać w nim pomysły na podróże? Albo po prostu zapisywać swoje przemyślenia? W każdym razie, opcji było wiele. Spośród wszystkich wybrałam tę, o której od jakiegoś czasu myślałam - nauka włoskiego. No bo to trochę wstyd, że tak niby kocham te moje Włochy, niby jeżdżę przy każdej możliwej okazji, a nic poza "ciao" i "pizza" powiedzieć nie umiem. Dlatego postanowiłam, że ogarnę trochę swój włoski, żeby w Italii nie robić wstydu (i żeby Czarni Bracia nie pytali mnie: "what's your pronunciation"/co z twoją wymową?/). Teraz już umiem powiedzieć fundamentalne zdanie "parli inglese?" (co oznacza tyle co: mówisz po angielsku?) i liczę, że każdy, kogo spytam odpowie "si" i będę mogła przejść na dobrze znany język. Choć za bardzo bym się nie łudziła, bo z Włochami ciężko się dogadać po angielsku - do dziś wspominam rozmowę ze starszym Panem, którego poprosiłam o pomoc w ogarnięciu pociągów, a on tłumaczył mi to po włosko-angielsko-niemieckim. Brzmi dziko, ale dałam radę i dojechałam. Ale dlaczego nie ułatwiać sobie życia?


     Przestańmy sobie wmawiać, że nie mamy czasu albo, wręcz przeciwnie, że mamy jeszcze dużo czasu i kiedyś się tego nauczymy, że i tak nic nam z tego nie wyjdzie bo-jak-to-tak-samemu-się-nauczyć. Normalnie! Masz internet - odpal go, poszukaj włoskich słówek, pooglądaj filmiki na youtubie i naucz się szyć albo tańczyć. Zrób coś ze sobą i po prostu przestań narzekać. Życie jest sumą dobrych i złych wyborów, a to, jak będzie ono wyglądało, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Więc nie bądź taką marudą, weź się w garść i zacznij coś robić. W końcu wszystko zaczyna się od zeszytu.


Sprawdź także:

6 komentarzy :

  1. Ofierzynko, trafiłam na bloga i chyba tu zostanę. ;)
    Zazdroszczę takiego taty. Przyznam, że za mną od długiego czasu chodzi taki zeszyt. Ale to nie może być byle jaki zeszyt. To musi być perfekcyjny, w odpowiednim rozmiarze a'la skórzany, gruby notatnik. Ze zdjęciami, ulotkami, biletami, cytatami, informacjami, ciekawostkami. Taki zeszyt sobie założę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super pomysł! Mam nadzieję, że szybko znajdziesz swój wymarzony zeszyt i będziesz go dzielnie prowadzić (co, jak sama się przekonuję z moim włoskim-zeszytem, nie jest wcale takie łatwe!).

      Cieszę się, że Ci się tutaj podoba - zapraszam do częstego wpadania! :)

      Usuń
  2. Wiesz co, zmotywowałaś mnie do działania! Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też kocham Italię!
    Włoski nie jest językiem trudnym. Jest piękny! Nauczyłam się go w ciagu pół roku, nie umiem perfecto, ale bardzo dobrze ;) slucham muzyki, wyławiam, tłumaczę by nie zapomnieć. Na szczęscie mam teraz w szkole Włoszkę, wiec na nowo rozmowy i szlify ;)
    Brnę teraz przez norweski i wierz mi , tu są schody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę, że tak szybko się nauczyłaś! Ja standardowo nie mogę się zmobilizować i mój piękny tatowy zeszyt leży :< trzymam kciuki za naukę norweskiego, jakoś pójdzie!

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.