Świat bajki i konsjerżów, czyli 'Grand Budapest Hotel'

     Ostatnio mam duży problem z filmami. Jakimikolwiek. Co bym nie obejrzała - jest dobrze lub nawet bardzo dobrze, ale... kompletnie bez szału.

   No na przykład: oglądam "The Imitation Game" - widzę dobry film, ale raczej nie będę chciała go obejrzeć jeszcze trzy razy. Odpalam "Whiplash" - śledzę akcję w napięciu, ale i tak obraz nie chwyta mnie za serce (mimo że naprawdę był dobry!). Siedzę w kinie na "American Sniper" i przed ponad dwie godziny nie myślę o niczym innym, będąc tak skupiona na akcji, ale... wychodząc z kina nie czuję już nic. Myślałam, że Oscarowe nominacje już totalnie zeszły na psy (co by mnie wcale nie zdziwiło), ale znalazłam "Grand Budapest Hotel". No i przepadłam.

      Przyznam szczerze, że do tego filmu miałam mieszane uczucia. Gdy pierwszy raz go odnalazłam, zachwyciłam się i chciałam go obejrzeć już, teraz! Jakiś czas później przypadkiem trafiłam na ten film w telewizji, byłam super szczęśliwa i zasiadłam do oglądania. I wtedy bardzo się zniechęciłam - obejrzałam może piętnaście minut obrazu, po czym stwierdziłam "no nie, tak długo czekałam, a tu taki badziew". Na szczęście Frącol, który filmu nie oglądał, a bardzo chciał, przekonał mnie. "Grand Budapest Hotel" dostał drugą szansę i zdecydowanie jej nie zmarnował.


     Rozpoczyna się dosyć pesymistycznie - poznajemy młodego pisarza (Jude Law), który przyjeżdża do słynnego niegdyś hotelu, teraz będącego jedynie, opuszczonym i smutnym reliktem przeszłości. Choć głównie spędza czas sam (co jest charakterystyczne dla wszystkich gości hotelu), pewnego dnia poznaje tajemniczego Pana Mustafę, będącego, jak się okazuje, właścicielem obiektu. Ten zaprasza go na kolację. I to nie byle jaką - podczas posiłku Mustafa ma zamiar opowiedzieć pisarzowi swą historię - o tym, jak właściwie hotel Grand Budapest wpadł w jego ręce. I tu zaczyna się prawdziwa bajka! Przedstawiony zostaje nam M. Gustave (Ralph Fiennes), będący jednym z najlepszych konsjerżów, cenionych na całym świecie i będącym chyba największą "atrakcją" hotelu. Jego nienaganne maniery i styl bycia, zachwycają od pierwszych minut. I właśnie to uczucie utrzymuje się przez cały film - zachwyt.


   I nie chodzi tu nawet o historię, która momentami może wydawać się śmieszna lub zbyt przerysowana (chociaż ja się zakochałam). Zachwyt budzą leniwe ruchy kamery, która praktycznie się nie porusza, skłaniając tym samym do ruchu aktorów, którzy przebiegają po ekranie (co wychodzi prześwietnie!). Zachwyt budzi gra aktorska - Ralph Fiennes, którego z jednej strony cechują nienaganne maniery i precyzja, z jaką troszczy się o opinię hotelu, z drugiej zaś ukazuje się widowni przeklinający jak szewc, wtedy kiedy się tego najmniej spodziewamy. Pochwały należą się także Adrienowi Brody'emu, który świetnie odnajduje się w roli zachłannego syna, Willemowi Dafoe, który bardzo przekonująco zagrał rolę "tego złego" czy Tildzie Swinton, ucharakteryzowanej nie do poznania. Zachwyt budzi muzyka i scenografia - wszystko jest idealnie zgrane. Zachwyt budzi nawet sposób, w jaki aktorzy się poruszają! Mogłabym tak wymienić chyba każdy element filmu, bo naprawdę, "Grand Budapest Hotel" nie ma słabych punktów. 


// PS Przepraszam osoby, które mnie obserwują za małe zamieszanie w powiadomieniach - okazało się, że w tytule nie może być niektórych znaków i blog mi się totalnie rozjechał. Sorka!


Sprawdź także:

1 komentarz :

  1. Slyszalam same piekne rzeczy od zeszlego roku i jakims sposobem jeszcze nie udalo mi sie tego filmu obejrzec... A musze, ciagnie mnie do niego niesamowicie :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.