Jedziemy samochodem. Przed wylotem jak zwykle trochę stresu. Jakby nie patrzeć, jest dużo trudniej niż na zorganizowanej przez biuro podróży wycieczce. Nie wiem, co zrobię po wylądowaniu, czy bez problemu dostanę się do miasta, nie mam pomysłu na odnalezienie hotelu w gąszczu wąskich, rzymskich uliczek... Rozmyślania przerywa coś, czego nigdy bym nie przewidziała - syrena policyjna. "Co się dzieje?!" krzyczę w myślach, a moja mama naprawdę wypowiada te słowa do stojącego w niebieskim mundurze Pana. "Rutynowa kontrola, poproszę dokumenty" słyszymy. Na szczęście policjant szybko uwija się ze sprawdzeniem dokumentów, co jest prawdopodobnie spowodowane narzekaniem rodzicielki, i możemy jechać dalej. Dzięki niemu, podtrzymujemy naszą podróżniczą tradycję - zawsze niemal spóźniamy się na samolot. No ale nic, szybko podjeżdżamy pod poznańską Ławicę, bierzemy walizki i szybkim krokiem udajemy się do odprawy. W lekko pogniecionej koszulce, z nie do końca uczesanymi włosami i w samych skarpetkach dziarsko przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa, przy okazji pozbywając się części kosmetyków (ah, ten limit stu mililitrów i wrodzone nierozgarnięcie...). Jeszcze tylko dwie godziny i będę w Wiecznym Mieście.


     Ze smutkiem zauważamy wielką burzową chmurę nad Rzymem. Zgodnie z przewidywaniami, stolica Włoch wita nas deszczem. Ale nawet nie myślimy o odpuszczeniu zwiedzania. Na szczęście, nasz plan zakupu wielkich przeciwdeszczowych peleryn nie musiał dojść do skutku, gdyż kiedy wysiadamy z autokaru słońce wręcz nas oślepia. Szybko zdejmujemy kurtki i pełne energii ochoczo rozpoczynamy poszukiwanie hotelu, który podobno jest całkiem niedaleko od miejsca, w którym się znajdujemy. Lecz znów napotykamy przeszkodę - nikt nie zna ulicy, na której znajduje się przybytek. Krążymy wokół przez zbyt długi jak na nasze zmęczone podrożą ciała czas i w końcu odnajdujemy uliczkę! Ale czy to na pewno nasz hotel...? Próżno szukać reklamy informującej, że to tu właśnie znajduje się miejsce, w którym spędzimy kilka następnych dni. Choć może nie jest to Hilton, bardzo atrakcyjna cena nas pociesza. Jednak nie spędzamy tam zbyt wiele czasu, od razu udajemy się na podbój Rzymu!



    Gdyby nasze "problemy" skończyły się po odnalezieniu hotelu, prawdopodobnie resztę postu tworzyłyby jedynie fotografie upamiętniające naszą podróż. Lecz, oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym znów czegoś nie namieszała... Jesteśmy tak bardzo zmęczone i jeszcze bardziej głodne (ja szczególnie, jak zwykle), że wchodzimy do pierwszego, w miarę dobrze wyglądającego baru. Podchodzę do elegancko ubranego Włocha, by zamówić coś do jedzenia. Pan Italianiec łamanym angielskim próbuje mi przybliżyć menu, ale za dużo się od niego nie dowiaduję, więc stawiam na pewniaka: pizzę i wino. Gdy kelner przynosi posiłek, jesteśmy trochę zszokowane. Pizza jest chyba mniejsza od dwóch kieliszków napoju! Jak się później okazało, prawdopodobnie zamówiłam podwójne wino, stąd jego wielkość, a co za tym idzie - cena... Ale mama upomina mnie zdaniem, które stało się naszym mottem już po pierwszej podróży na własną rękę, "nie wprowadzaj nerwowej atmosfery". I tego się trzymamy, z lekkim bólem płacąc horrendalną kwotę za zwykłą margaritę i biały trunek, a następnie udając się do pierwszego punktu na naszej liście "must-see".


     
     Pierwszym punktem nie mogło być nic innego niż niepowtarzalne, niesamowite i niezaprzeczalnie będące symbolem Rzymu, Koloseum. Choć dziś w planach nie przewidujemy obejrzenia areny od środka, cieszymy się jej widokiem z zewnątrz. Amfiteatr Flawiuszów przytłacza swym ogromem, jednocześnie zachwycając wytrzymałością na czas, co niekoniecznie można powiedzieć o znajdującym się nieopodal Forum Romanum, z którego zostały niczego nieprzypominające ruiny. Długo siedzimy na jednym z wielu kamieni przed budowlą i po prostu cieszymy się widokiem. Ja, z moim zamiłowaniem do fotografii, próbuję wykonać jakiekolwiek zdjęcie używając starej Zorki, kupionej w późnych latach sześćdziesiątych w Rosji przez mojego dziadka. Niestety, odmawia ona posłuszeństwa, więc muszę zaspokoić się swoim zwyczajowym aparatem. Zostawiam mamę z jej zmęczonymi stopami i udaję się na przechadzkę dookoła Koloseum. Wokół jak zwykle mnóstwo ludzi albo pozujących, albo robiących zdjęcia, ale także przebierańców-gladiatorów, z którymi za małą opłatą można zrobić sobie zdjęcie. Oprócz tego na powierzchni przed areną znajduje się pełno lekko przystrojonych koni i dorożek, którymi chętni mogą przejechać się po Rzymie. To oczywiście opcja nie dla mnie - nieważne jak bardzo byłabym zmęczona, uwielbiam spacerować po mieście i odkrywać je uliczka po uliczce. Pstrykam kilka fotek i wracam do mamy, cieszącej się słońcem i wypoczynkiem, którego będzie tyle, co kot napłakał w nadchodzących dniach. 



     Jest niecałe piętnaście stopni Celsjusza, choć w skąpanym słońcu Wiecznym Mieście czujemy się, jakby było co najmniej dwadzieścia pięć. Po pierwszej połowie dnia, może nie perfekcyjnej, ale za to bardzo interesującej, rozpoczynamy dalsze zwiedzanie pod roboczą nazwą "Ikony Rzymu". Czekają nas oczywiście Schody Hiszpańskie, czy Fontanna di Trevi, ale także przyjemności niezaliczające się do zabytków, a jakże istotne dla łasucha, jakim jestem. A co dla mnie może być ważniejsze nawet od kilkusetletnich budowli? Tak, zgadliście, najbardziej przyziemna czynność - jedzenie!
     Na ulicy leżą trupy. Jest ich więcej, niż jesteś w stanie policzyć. Obok wyssanego z życia ciała widzisz kałużę szkarłatnego płynu. Krew sączy się z głowy, jeszcze przed chwilą oddychającego człowieka. Był taki jak Ty - miał rodzinę, kilku przyjaciół, cele do osiągnięcia, może nawet kogoś ukochanego. A teraz leży, trochę zapomniany, wśród wielu, zbyt wielu innych. O czym myślisz widząc taki obraz? Co Cię tak naprawdę szokuje? Krew, czy może ubrania po jakich spływa?

     W przypadku Olenki Martynyuk to zapewne temat ubrań byłby frapujący. Jeśli oczywiście udałaby się w okolice kijowskiego Majdanu, czego chciała uniknąć, bo, jak sama przyznała, "jej próżność podpowiadała jej, że roznoszenie kanapek nie jest odpowiednim zajęciem dla dziennikarki modowej". Na szczęście dla Martynyuk rewolucjoniści się postarali! Nawet ich pochwaliła mówiąc, że "nigdy nie widziała tak dobrze ubranych rewolucjonistów" i przy okazji radząc, ukazują światu swoje "fashionistkowe rozterki", aby ubrać się ciepło. Nie wiem, o czym tak właściwie miała być ta publikacja. Może była to reklama "termicznej bielizny Uniqlo"? Może po prostu jakiś głupi żart? Polski "Glamour" broni się, że tekst jest opisem problemu z jakim musiała zmierzyć się (!) ukraińska dziennikarka, jak musiała "przewartościować swoje życie". Magazyn utrzymuje, że został napisany zanim wydarzenia w Kijowie przybrały tak tragiczny obrót.

     Nie rozumiem i nigdy nawet nie będę próbować zrozumieć, jak z tak okrutnego wydarzenia można zrobić widowisko, zarabiać na tym, nakręcać temat. Nie chcę żyć w rzeczywistości, w której dziennikarze z wypiekami na twarzy, tak naprawdę, mówią do nas z ekranów: "Kolejne ofiary śmiertelne na Majdanie, cóż za emocje, ależ napięcie! Zaraz zaprezentujemy filmik, w którym rozstrzelany zostaje kolejny młody człowiek! Chwilę później pokażemy jego pogrążoną w bólu po stracie rodzinę!". Brzydzę się takim światem. 


Via KievWatch
     Budzę się rano, trochę niezadowolona, bo przecież dziś pierwszy dzień szkoły po szalenie przyjemnych dwóch tygodniach nicnierobienia. Jeszcze w połowie śpiąc, starając się odrzucić piękne sny i wspomnienia minionych dni, wynurzam najpierw, tak nieśmiało, czubek głowy a następnie całą twarz z cieplutkiej, różowo-fioletowej pościeli i zerkam w stronę okna. Na goździki, znajdujące się na ciemnobrązowym parapecie, padają lekkie promyki słońca. To od razu mnie ożywia! Przecieram zamroczone snem oczy i wierzę, że wcale nie będzie tak marnie. Tym razem już cała wychodzę z łózka i szybko się ogarniam. Dzięki mojemu wrodzonemu roztargnieniu prawie zapomniałam spakować aparat! Na szczęście biorę swój sprzęt i biegnę (jak zwykle z rana - spóźniona...) do białego samochodu Mamy. Szybko wyjeżdżamy z osiedla skąpanego w promieniach orzeźwiającego światła. Słuchając przyjemnych nut z radia, spoglądam zza szybę. Słońce delikatnie muska moją buzię, wypychając poranny marazm. Wchodząc do szkoły mam trochę gorszy humor, no bo przepraszam bardzo, kto cieszyłby się z dwóch matematyk rano? Ale spotykam Julkę, zaczynamy rozmawiać i znów jest trochę lepiej. Na przerwie widzę się z moim chłopakiem Jasiem. Żartujemy, rozmawiamy, czas płynie trochę szybciej a przede wszystkim przyjemniej. Ani się obejrzę, a już wychodzę ze szkoły, oddalam się od naznaczonego czasem budynku i biegnę na tramwaj, który niechybnie mi ucieknie, bo jak zwykle miałam nadmiar czasu... Jest, udało się! Prędko wsiadam i obieram kierunek na Osiedle Rzeczypospolitej, gdzie czeka na mnie moja przyjaciółka Sandra. Witamy się i bez zastanowienia wskakujemy w pierwszy tramwaj. Kolejny raz sukces - akurat jedzie na Śródkę, czyli tam, gdzie chcemy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na Ostrowie Tumskim, przy monumentalnej katedrze i nie do końca oszałamiającym, ale uroczym moście Jordana, nazywanego Mostem Miłości. Wyjmuję aparat z plecaka i zajmuję się tym, co sprawia mi najwięcej przyjemności. Nieśmiało wchodzimy do katedry, podnosimy oczy do góry i podziwiamy jej ogrom. Kiedy wychodzimy, lekko owiewa nas przyjemne, wiosenne powietrze. Nieśpiesznie przechadzamy się po znanym-nieznanym Poznaniu, rozkoszując się pogodą, fotografią i własnym towarzystwem. Szybko mijają kolejne minuty, a ja utwierdzam się w przekonaniu, że, wbrew wcześniejszemu wyobrażeniu, ten dzień nie jest taki zły. 



.




     Od początku istnienia ludzkości, ludzie podróżowali, prowadzili koczowniczy tryb życia. Ale nie były to wędrówki znane nam dziś, raczej były one koniecznością niż przyjemnością. W XV wieku pragnęli odkrywać. Wiele wybitnych osób, takich jak Krzysztof Kolumb czy Ferdynand Magellan, uczyniło podróże sensem swojego życia. W naszych czasach wojaże to dla wielu pasja. Niektórzy czekają cały rok i planują, planują, planują... Inni, wybierają wygodną opcję wyjazdu all-inclusive do morskiego kurortu. Co skłania nas, ludzi współczesnych do podroży? Przecież nie odkryjemy nowego kontynentu. Wszędzie gdzie pojedziemy, przed nami już ktoś był. Czy jest to więc po prostu odpoczynek? A może po prostu chcemy poznawać? Znaleźć coś, co wzbogaci nasze życie, zmieni nas?


     Swoje podróżowanie zaczęłam już w młodym wieku, choć te "wyprawy" niewiele miały wspólnego z obecnymi, może poza tym, ze skupiały się wokół Morza Śródziemnego. Kiedyś, będąc jeszcze małą dziewczynką, nieposiadająca pragnienia odkrywania, jeździłam z rodzicami do Turcji czy Tunezji. Były to oczywiście wycieczki do pięciogwiazdkowych hoteli, z wszelkimi luksusami i dogodnościami, które 11-latka może sobie wymarzyć. Moi rodzice również byli bardzo zadowoleni. Przecież po całym roku ciężkiej pracy, był to wymarzony odpoczynek. Co więc się zmieniło, że teraz wolę zaplanować podroż sama, a nie skorzystać z wygód przygotowanych przez biuro podroży? Myślę, że to przede wszystkim chęć poznania świata tak naprawdę. Wspominając swoje wakacje w Turcji, myślę ze teraz chętniej zwiedziłabym ten kraj, nie korzystając tak ochoczo z przyhotelowych basenów czy opalania się na plaży. Chciałabym poznać Turków, ich kulturę i tradycje. Chciałabym zjeść ich potrawy i nauczyć się trochę języka.

     Niestety Turcji nie udało mi się jeszcze dokładnie zwiedzić (ale mam nadzieje, ze w przyszłości się to zmieni, gdyż ten kraj wydaje się niesamowity), za to udało mi się trochę poznać Włochy. Kilka lat temu byłam na wycieczce organizowanej przez biuro podroży - objazdówka, jeden dzień, jedno miasto. I chociaż bardzo chciałam, nie udało mi się poznać Włochów w minimalnym stopniu. No bo jak, skoro od atrakcji turystycznej do kolejnego punktu zwiedzania poruszałam się autokarem z samymi Polakami? Ale już wtedy zauroczyły mnie wąskie uliczki Rzymu i trochę zbyt głośni Włosi.


     Moja pierwsza prawdziwa wyprawa miała miejsce rok temu - to wtedy wszystko zorganizowałam na własną rękę. Udałam się wtedy do Toskanii za towarzysza mając jedynie moją mamę. Na początku było trochę stresu - jak porozumieć się z Włochem nieznającym angielskiego? Jak dojechać z dworca do hotelu? Ale już drugiego dnia naszej wycieczki, wszystko stało się jasne, dzięki sympatycznym ludziom, którzy przy odrobinie cierpliwości i życzliwości, pomogli nam wszystko ogarnąć. Realizowałyśmy ustalony przeze mnie plan zabytków. I było dużo lepiej. Poznałam Włochów - już teraz wiem, ze zatrzymanie autobusu, by zapalić papierosa nie jest niczym niezwykłym i zawsze znajdzie się czas na pogawędkę i kawę. Wtedy moja miłość do "Kraju w Kształcie Buta" jeszcze bardziej się pogłębiła. Na nowo odkryłam urokliwe wąskie uliczki, pyszne włoskie jedzenie i niesamowitą sztukę renesansu, którego przecież kolebką są Włochy. 

   Co do samych posiłków - jego spożywanie staje się niemalże priorytetem w słonecznej Italii! Dla wielkiego miłośnika pizzy i wszelkich makaronów jakim jestem, obżeranie się (bo umiarkowanym jedzeniem tego nie nazwę..) na śniadanie, obiad i kolację tymi przysmakami, jest największym szczęściem. A do tego na deser kultowe "gelato", czyli po prostu pyszne włoskie lody, i mocna kawa. Nie wiem jak Wy, ale ja po takim zestawie mogę umrzeć. Bo czy może być coś lepszego niż włoskie lody przy Piazzo del Campo w Siennie, bruschetta w zakamarkach Florencji albo pizza w nadmorskim Riomaggiore?


     Teraz, każdą podróż planuję sama. Zaczynam od znalezienia taniego lotu, najczęściej dzięki stronie ryanair.com lub wyszukiwarce tanieloty.pl. Nie przejmuję się za bardzo, gdy nie ma bezpośrednich połączeń, gdyż w moich ukochanych Włoszech kolej działa bez zarzutu (i myślę, że w innych europejskich miastach jest podobnie). Później znajduję hotel przez booking.com, które polecam ze względu na niskie ceny (w Rzymie udało mi się znaleźć dwuosobowy pokój w centrum miasta za 350 zł za 4 doby!). A potem już tylko opracowuję plan podróży i wyszukuję miejsca, które chcę odwiedzić, korzystając z Internetu lub ulubionego miesięcznika Traveler. Jestem wtedy bardziej zadowolona - nikt nie narzuca mi co robić, kiedy i z kim. Mogę powoli przechadzać się i napawać miastem, zamiast biegać od jednego muzeum do kolejnego. W moich wyprawach nie odnajdziecie zbyt wiele obcowania ze sztuką, tą muzealną, gdyż ona mnie zwyczajnie nudzi. Wolę być na świeżym powietrzu i fotografować, moim zdaniem bardziej godne podziwu, cuda architektury. Lepiej czuję się ze swoim aparatem pod florencką katedrą Santa Maria del Fiore bądź z kubełkiem lodów Ben&Jerry's (polecam!) przy Panteonie, niż w dusznym ciemnym pomieszczeniu, w którym odbywa się wystawa.


     Gdyby się nad tym dłużej zastanowić, to, tak naprawdę, człowiek jest cały czas w podróży. Nasze wyprawy są bliskie i dalekie. Czasem wyjeżdżamy na wieś za miasto, czasem podróżujemy po Europie, a czasem jedziemy aż na inny kontynent. Czasami są to wyprawy udane, czasami mniej. Jedni z nas chcą wypocząć, a inni wolą być w ciągłym ruchu. Sądzę, że Leopold Staff, nie mylił się, kiedy powiedział: „Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu". Bo zawsze się czegoś uczymy. Każda podróż wzbogaca nas o informacje, czasem zmienia nasze myślenie na jakiś temat, ale przede wszystkim zdobywamy doświadczenie. A czymże jest życie, jeśli nie tylko zbiorem doświadczeń?
     Wstaję wcześnie... No dobra, dochodziła 9, ale dla mnie, największego śpiocha na świecie, była to niemalże noc. Co tak wcześnie wyrwało mnie z objęć Morfeusza? Chyba jedna z najbardziej przyziemnych rzeczy na świecie – zakupy. Ale nie byle jakie, gdzieżby znowu! Mam wydać 120 złotych na sweter? 60 złotych na bluzkę? Nie ze mną te numery! Zakupy robię w lumpeksach!

     Do second-handu dziarsko wchodzimy z moją przyjaciółką. Każda z nas zaopatruje się w czerwony, lekko zniszczony koszyk i ruszamy „na łowy”. Na początku trochę nieśmiało podchodzę do wieszaków, wręcz uginających się od ciężaru ubrań. Zaczynam je przeglądać, gdy obok pojawia się kobieta w średnim wieku, z wypchanym po brzegi koszykiem, zaczyna się rozpychać i z ogromną pasją szarpać ubrania. Trochę mnie to dziwi, no ale nic, każdy ma swój sposób na wyszukanie „perełek”. Uciekam więc kawałek dalej i znów wpadam w ogrom odzieży. Powoli, powoli wczuwam się w poszukiwania. Załącza mi się tryb łowcy, którego nie powstydziłby się wygłodniały wilk, buszuję między tonami zmechaconych swetrów, koszulek z jaskrawymi nadrukami i spodenkami z cekinami. Nie znajdując nic ciekawego, już trochę się nudzę, ale podchodzi do mnie przyjaciółka i pokazuje, jakie fantastyczne ubrania wyszukała. Z prawdziwym podziwem patrzę na markowe sukienki, które tutaj będą kosztować nie więcej niż 15 złotych. To dodaje mi energii! Już po chwili, znajduję piękny szary sweter, dokładnie taki jak chciałam. A do tego w moim rozmiarze! Biorę! Następnie, idąc śladem mojej przyjaciółki i mając nadzieję, że znajdę tak samo wartościowe ubrania jak ona, udaję się do stojaków, które chyba zaraz złamią się pod ciężarem kiecek. Po przejrzeniu kilku mniej lub bardziej niemodnych rzeczy, w oko rzuca mi się czarno-biała letnia sukienka . Zauważam, że dziewczyna obok też ją dostrzegła, więc czym prędzej zrywam ją z wieszaka (mi chyba też udzielił się syndrom wyżej wspomnianej pani w średnim wieku...). Ale udało się, sukienka jest moja! Po przejściu prawie całego sklepu, pozostał mi już tylko wielki kosz podpisany „Wszystko za dwa złote”. Trochę niechętnie do niego pochodzę, bo zastanawiam się, czy ktokolwiek byłby na tyle głupi (lub pozbawiony stylu, jak kto woli), żeby wyrzucić tam coś wartego uwagi. Kolejny raz przedzieram się przez ubrania, które byłyby hitem w latach 80', a teraz nadałyby się już chyba tylko na szalone disco w podrzędnym barze, i nagle, wśród sterty podniszczonych ubrań znajduję piękny, klasyczny, czarny szal. Prędko chwytam go w zmęczone poszukiwaniami dłonie i, jeszcze z lekką niepewnością, udaję się do lustra. Leży pięknie, nie jest zniszczony i kosztuje przecież 2 zł. Czyż to nie zakup idealny? 

     
     I dlatego cenię sobie lumpeksy. Bo przecież buszowanie po nich, to nie  tylko adrenalina („biegiem do jeansów zanim ktoś je zauważy!”) ale też niezwykła radość i satysfakcja, kiedy znajdziemy piękne ubranie, w bardzo korzystnej cenie. A będąc już w domu, znów podziwiam moje własną perełki i nawet tak bardzo nie żałuję, że musiałam tak „wcześnie” wstać. 
     Rzym. Rome. Roma. To słowo mogłabym wypowiadać cały czas. Już na samą myśl o mieście Juliusza Cezara, czuję przyjemne ciarki rozchodzące się od łopatek aż po lędźwie. To po prostu miejsce, do którego chce się wracać. Gdy tylko przypomnę sobie ten wspaniały dzień, kiedy odwiedziłam je po raz pierwszy... Było to gorącym latem 2011 roku. Z nieba lał się niemiłosierny żar, ale to nie przeszkodziło mi w odkrywaniu Wiecznego Miasta. Już wtedy zachłysnęłam się jego pięknem. I choć od tego czasu nie minęły nawet trzy lata, wróciłam tu już cztery razy. I chcę wracać jeszcze i jeszcze. W tym roku udało mi się to kolejny raz, znów jestem w moim ukochanym Rzymie, przechadzam się wąskimi uliczkami i staram się chłonąć jak najwięcej pozytywnej energii, która płynie nie tyle od samego miasta, ale również od radosnych Włochów. Udaj się ze mną w podróż!


     Siedzę na schodach hiszpańskich i obserwuję ludzi. Jest środek tygodnia, dzień pracy, wszyscy się gdzieś spieszą. Widzę kilku podobnych do mnie, niedobitków, często to Chińczycy, niemal sprintem przebiegają schody, szybko robią zdjęcia fontanny-łodzi Barcaccia i pędzą dalej, jakby Forum Romanum nagle, po setkach lat miało zmienić swoje położenie. A ja nadal spokojnie siedzę i w duchu wręcz krzyczę ze złości: „Tym miastem trzeba się napawać, uspokójcie się!”. Po dłuższym odpoczynku wstaję i udaję się na swoje własne, bynajmniej niepodobne szybkością do wyścigu rydwanów w starożytnym Rzymie, zwiedzanie.Wspinam się po schodach (mija mnie jeszcze kilku podróżników, na szczęście wśród nich widzę kilku podobnych do mnie, uśmiechamy się do siebie) i już wiem, co będzie następnym celem mojej nieśpiesznej turystyki. Jedno z najbardziej znanych miejsc w Rzymie, do którego zawsze wracam podczas swoich podróży i za każdym razem wrzucę tam grosika, by móc tu powrócić. Fontanna di Trevi. Niestety, mimo wczesnej godziny już widzę tłum zwiedzających, biegających w prawo i lewo, robiących zdjęcia z fleszem. Staram się gdzieś przysiąść, cofnąć się w czasie i wyobrazić sobie niesamowitą blondynkę Anitę Ekberg z filmu „La dolce vita” Felliniego, która kąpie się w wodach tego cudu architektury. I trochę jej zazdroszczę, tej wolności i przede wszystkim braku świadków, bo teraz, wykonanie sceny z filmu mogłoby okazać się nieco trudniejsze, nie tylko ze względu na tłum ludzi, którzy a nuż fanami włoskiego kina nie są, ale także z powodu zakazu wprowadzonego, gdy okazało się, że pewien bezdomny wyławia z fontanny drobne (które wcale takie drobne nie były bo,  jak czytałam, kwota opiewała nawet na 700 euro dziennie!). Bez zapowiedzi, ktoś szturchnął mnie łokciem i pyta mnie łamanym angielskim: „Photo, please?” („Zdjęcie, proszę?”). Zgadzam się, lecz niechętnie, bo przecież ten ktoś siłą (niemal dosłownie...) wyrwał mnie z moich cudownych rozmyślań. No ale cóż, chyba już taki urok tego miasta. Szybko robię zdjęcie i uciekam od tłumu ludzi. Staram się wejść jak najgłębiej we włoskie uliczki, zejść z tras turystycznych i wpaść na prawdziwych Włochów. Znajduję małą knajpkę, w menu to co zwykle, czyli pizze i pasty, ale widzę że w środku siedzą Włosi, co jest dobrym znakiem – oznacza to, że to miejsce nie jest stworzone dla turystów, ale właśnie dla mieszkańców miasta, a tym samym ceny są niższe, a  jedzenie smaczniejsze. Siadam i próbuję dogadać się z kelnerem, trochę po angielsku, trochę po hiszpańsku (gdyż niestety włoskiego jeszcze nie opanowałam nawet na poziomie podstawowym, a Włosi z angielskim mają na bakier), w końcu po prostu pokazuje mu palcem w menu co chcę zamówić, a on uśmiecha się życzliwie i odchodzi. Teraz, ledwo słysząc odległy zgiełk miasta, za to bardzo wyraźnie głośne rozmowy Włochów siedzących kilka stolików dalej, zastanawiam się nad istotą Rzymu. Za każdym razem próbuję rozgryźć to miasto i odkryć w nim coś nowego, coś czego nie zauważyłam przy ostatniej wizycie. Tym razem skupiam się na wszechobecnych turystach. Na samą myśl zaciskam mocniej dłonie i wszystko się we mnie gotuje. Tak, sama jestem, niestety, gościem w wiecznym mieście, ale staram się być jak prawdziwa Włoszka – jem włoskie potrawy, nie denerwuję się kiedy kolejny raz nie przyjeżdża autobus i mimo małej ilości czasu, miasto przemierzam spokojnie, bez pośpiechu. Natomiast ci pożal się Boże turyści, biegający od zabytku do zabytku, w pocie czoła robiący kolejne zdjęcie na Facebook'a lub inny portal społecznościowy, wszędzie się wepchną, przepchną łokciami, a jak to nie pomoże – „uderzą” Cię fleszem po oczach i tyle, będą pierwsi. Tylko po co? Czemu ma służyć ten pęd? Rzym aż prosi się o jego brak. Rzym od wieków jest taki sam. Choć przybywają tu zapewne nowe wieżowce, wielkie sklepy i centra handlowe, Rzym się nie zmienia. I zawsze pozostanie taki sam. Mam tylko szczerą nadzieję, że tłumy odwiedzających (rocznie jest ich ponad 8 milinów z całego świata) nie zniszczą tego piękna. Wierzę, pragnę wierzyć, że Rzym, który przetrwał tak wiele uchroni się i przed nadgorliwymi turystami, którzy z uporem maniaka robią zdjęcia z fleszem w Kaplicy Sykstyńskiej bądź zaśmiecają miasto (to na szczęście ma szanse zmienić się na lepsze, gdyż wprowadzono wysokie grzywny za nieodpowiednie wyrzucanie śmieci). Kelner przerywa moje rozmyślania, podając mi pyszną pizzę. Jak przystało na prawie-Włoszkę, rozkoszuję się powoli smakiem cienkiego i idealnie wypieczonego ciasta ze świeżymi dodatkami, a następnie płacę i kontynuuję swoją podróż. Moim następnym celem jest Koloseum. Idę okrężną drogą, by podczas spaceru zobaczyć jak najwięcej. Znów przechadzam się uliczkami, uśmiecham się do Włochów i słucham przyjemnego dla ucha szumu miasta. Po kilkunastu minutach na horyzoncie wynurza się ogromna budowla naznaczona czasem. Choć nie wchodzę do środka, gdyż niestety nie mam tyle czasu (o ironio!), spaceruję wokół Amfiteatru Flawiuszów, jak mówiono na ten obiekt w starożytności. Jak zwykle jest tu tłoczno. Widzę też przebranych za starożytnych Rzymian mężczyzn, z którymi za drobną opłatą można zrobić sobie zdjęcie. Idę dalej, myślę nad wielkością tej budowli, nad jej pięknem i wytrzymałością na czas. Siadam na murku i fotografuję. Przez wizjer dostrzegam zagubionego turystę, gotowego podejść i spytać czy nie zrobiłabym mu zdjęcia. Nie mając ochoty na interakcję ze zwiedzającym, wstaję i odchodzę od amfiteatru. Patrząc na niego ostatni raz w czasie tej podróży, myślę „do zobaczenia”.


     Następnego dnia zrywam się wcześnie z łóżka i jem typowe włoskie śniadanie – kawa i tzw. cornetto, czyli po prostu mały rogalik. Z hotelu wychodzę wraz ze wschodem słońca, by zrobić piękne zdjęcia, na których nie znajdzie się ani jeden turysta. Jest dopiero około szóstej, dlatego na ulicach panują pustki, widać tylko kilku, jak mniemam, Włochów w garniturach, udających się do pracy. Dziś moim celem jest udanie się tak zwaną Ścieżką Oświecenia, związaną ze starożytnym zakonem Iluminatów. Głównymi obiektami tej drogi są cztery kościoły, w których znajdują się Ołtarze Nauki powiązane z danym żywiołem. Sam zakon zainteresował mnie podczas czytania powieści Dana Browna „Anioły i demony”, a teraz, podobnie jak główny bohater, amerykański wykładowca Harvardu o niezwykłej erudycji, Robert Langdon, pragnę udać się drodze ku oświeceniu i spróbować „uratować” porwanych przez książkowego asasyna kardynałów. Trasa „wycieczki” rozpoczyna się przy Panteonie. Tu znów spotykam wielu Rzymian śpieszących się do pracy, lecz, ku mojej uciesze, nie ma tu zbyt wielu odwiedzających! Niestety, do otwarcia obiektu zostało jeszcze pół godziny (to tłumaczy brak tłumu...), więc spędzam ten czas na fotografowaniu i piciu pysznej kawy w okolicznej kawiarni. Prawie o 8:30 (bo punktualność raczej nie jest domeną Włochów), Panteon zostaje otwarty, a ja mogę rozpocząć wędrówkę. Podczas wejścia jestem trochę już sfrustrowana, bo widzę jak turyści napływają ze wszystkich stron Piazza della Rotonda. Nic to, wchodzę do środka i zaczynam podziwiać klasyczne piękno. Jak zwykle w takich chwilach, nie mogę wyjść z podziwu. Jakim cudem już przed naszą erą ktoś zbudował coś takiego? Przecież musiało to być niesamowicie trudne! Moich zachwytów zdają się nie podzielać turyści, którzy stojąc niedaleko mnie, narzekają, że nie wychodzą im żadne zadowalające zdjęcia i prędko udają się do wyjścia. Mi, na szczęście, fotografie się udają, więc napawam się pięknem przez wizjer mojego aparatu. Pierwszy raz zaglądam do książki, którą dziś wzięłam ze sobą i przypominam sobie zawód, jaki przeżył Langdon, gdy domyślił się, że Panteon nie jest pierwszym kościołem na trasie oświecenia. Ale chwilowo mam nad nim tę przewagę, że wiem, gdzie mam się udać. Po kilkunastu minutach podziwiania sztuki, wychodzę z okrągłej świątyni. Moim kolejnym celem jest bazylika Santa Maria del Popolo, w której znajduje się Kaplica Chigich, zaprojektowana przez Rafaela Santi. Próbuję wyobrazić sobie, że jestem bohaterką powieści Browna i muszę tutaj odnaleźć zaginionego kardynała. Po kilku minutach oglądania bazyliki od wewnątrz, nie jestem w stanie sama wymyślić sposobu na odszukanie duchownego i muszę ratować się książką. Szybko odnajduję odpowiednie rozdziały i czytam o bestialskiej śmierci niemieckiego kardynała. Po tych zagadkach już trochę zgłodniałam, więc szukam czegoś do zjedzenia. Znów udaje mi się znaleźć włoski bar, zamawiam tam pyszne spaghetti i cieszę się chwilą, czytając po raz kolejny powieść Browna. Po zakończeniu posiłku podchodzę do kelnera by zapłacić i dowiedzieć się, w którą stronę się udać, aby dotrzeć do Bazyliki św. Piotra. Ten, znów łamanym angielskim, tłumaczy i troszkę zagaduje, co właściwie robię w Rzymie. Pokrótce opowiadam mu o swoim pomyśle na zwiedzanie miasta, co chwali krótkim i dosadnym włoskim „Buono!” (co według mojego słownika i jego krótkich wyjaśnień, oznacza tyle co „fajnie!”). Po pożegnaniu, udaję się do wcześniej wspomianej Bazyliki, znajdującej się przy Piazza san Pietro. Oczywiście wita mnie tłum turystów, których jest ich tu więcej niż w jakimkolwiek miejscu w Rzymie. Kiedy spaceruję po okazałym placu, zauważam ogrom osób, które próbują dostać się do Watykanu. Przypominam sobie kolejkę, w której musiałam stać, by dostać się do stolicy papiestwa dwa lata temu i mój smutek z nieodwiedzenia w tym roku Kaplicy Sykstyńskiej jest jakby trochę mniejszy... Myślami wracam do powieści i podchodzę do, znajdującego się w centrum zaprojektowanego przez Berininego placu, obelisku. To tam ginie następny, francuski kardynał. Poświęcam chwilę na podziwianie piękna Bazyliki i jak zwykle trochę fotografuję, co jest utrudnione przez zwiedzających, napierających na mnie ze wszystkich stron. Więc po krótkiej „walce” poddaje się i szukam drogi do następnego kościoła, którym jest znajdujący się kawałek drogi stąd kościół Santa Maria della Vittoria. Wyrywam się więc z tłumu i szukam spokojniejszej drogi, przez ciasne uliczki. Po kilkunastu minutach docieram do świątyni i znów natykam się na niesamowite piękno. Kościół znany jest głównie z kontrowersyjnego arcydzieła Berininego „Ekstaza św. Teresy”, co staje się celem mojej wędrówki. Podziwiam barokową rzeźbę, przedstawiającą ilustrację Teresy, która zobaczyła anioła. Znów zaglądam do kryminału Browna, by porównać moje odczucia z tymi, które przeżywał Robert Langdon. Przypominam sobie, że to tutaj w powieści zginął kardynał hiszpański. Jeszcze chwilę cieszę oko widokiem barokowej sztuki, a następnie wychodzę, gdyż czas na kolejny Ołtarz Nauki – Piazza Navona. Gdy tam docieram, moim oczom ukazuje się wspaniała fontanna nazywana Fontanną Czterech Rzek, również zaprojektowana przez Berniniego. Gdy siadam na murku niedaleko jej i nie mogę wyjść z podziwu nad ilością detali tego dzieła. „I tu dotarli już turyści” myślę z lekką irytacją. Wstaję, robię kilka fotografii, przypominam sobie jakie wydarzenia miały tu miejsce w książce i powoli kończę moją ścieżkę oświecenia. Właściwie jej celem było dostanie się do Zakonu Iluminatów, który, według Dana Browna, miał tajną siedzibę swojego kościoła w Castel di Sant'Angelo. I właśnie ten zamek staje się ostatnim punktem mojej wycieczki. Przed wejściem do rezydencji zakonu, przechadzam się po moście znajdującym się u podnóża wielkiego grobowca (gdyż Castel di Sant'Angelo był zbudowany jako mauzoleum dla cesarza Hadriana oraz jego rodziny i następców). Nie dziwi mnie, że spotykam tu turystów, którzy najprawdopodobniej znaleźli się tutaj po zwiedzaniu Watykanu. Snuję takie wnioski, gdyż pamiętam jak w 2011 roku wraz z zorganizowaną wycieczką udałam się do tego zamku właśnie po wizycie w najmniejszym państwie świata. Ucinając wspomnienia, znów rzucam się w wir wydarzeń w książce. Czytam rozdziały, w których akcja miała miejsce w tym grobowcu i szukam wzrokiem Il Passeto, które jest tajnym przejściem łączącym Watykan z Zamkiem Świętego Anioła. A później skupiam się już tylko na obserwowaniu zachwycającej panoramy Rzymu, z Bazyliką św. Piotra na czele. 

     Lecz nagle, coś mi nie pasuje w tym obrazku. Próbuję zrobić zdjęcie, a to wychodzi jakieś ciemne, trochę zamazane. „Nie do wiary, już zmierzcha?!” krzyczę do siebie w myślach. Nie chcę wierzyć, że moja podróż na dziś się kończy. I choć jutro jest nowy dzień, to niestety nie rozpocznę go już w zniewalającym Rzymie, a najprawdopodobniej w pośpiechu (którego tak staram się wyrzec!) na lotnisko, by powrócić do szarej rzeczywistości. I choć wiem, że na pewno tu wrócę, niezależnie od nadmiaru działających na nerwy turystów oraz lekko drażniącego łamanego angielskiego Włochów, to teraz tak bardzo nie mam ochoty wyjeżdżać. Pragnę pozostać w Wiecznym Mieście... na wieczność.
Obsługiwane przez usługę Blogger.