Jeśli wybierasz się na ten film, żeby obejrzeć wiernie zekranizowaną powieść, to lepiej zostań w domu. Jeżeli natomiast chcesz zobaczyć piękny obraz o miłości (nie tylko tej między kobieta a mężczyzna oczywiście, toż to patrioci!), przyjaźni i odwadze, której potrzeba by walczyć o te wartości, to serdecznie zapraszam na najnowszy film warszawskiego reżysera "Kamienie na szaniec".

     Ja rozumiem, że nie zawsze łatwo przychodzi nam mówić prawdę. Nie chcemy przecież zranić naszej najlepszej przyjaciółki, mówiąc, że mało zgrabnie, mówiąc delikatnie, bo tak naprawdę przypomina słonia w składzie porcelany, porusza się w nowych obcasach, czy powiedzieć chłopakowi, że "bynajmniej" to nie to samo co "przynajmniej". Nie mamy ochoty krzywdzić też mniej bliskich nam osób; co robisz kiedy koleżanka z klasy pyta cię, jak jej w nowej fryzurze? Mimo, że jej włosy mają kolor do złudzenia przypominający starą jajecznicę, a długość i ogólny kształt fryzury pozostawiają wiele do życzenia, bez namysłu, bez mrugnięcia okiem, mówisz jej "wyglądasz pięknie!". No ale kurka, czy nie byłoby łatwiej gdybyśmy po prostu mówili to, co myślimy?

     Wiem, że czasem nie mówi się niektórych rzeczy wprost, by zwyczajnie komuś nie było przykro. I to jest okej, o ile nie powiemy naszej mamie, w dość opryskliwy sposób, że zrobiła obrzydliwy obiad, a zdarzyło jej się to jeden jedyny raz. Nie powiemy też przyjaciółce, że ma okropny sweter (o którym myślałaś, że nikt by go nawet za darmo nie wziął, a tu proszę), bo wiemy, że jej się podoba, a to przecież ważniejsze. Ale kiedy nasza przyjaciółka się trochę no, szczerze mówiąc, ośmiesza? Kiedy robi z siebie kompletną kretynkę przed chłopakiem, za którym szaleje? I on jej tego przecież nie powie, o nie. Chłopak marzeń zamiast się zakochać na zabój, prędzej umrze ze śmiechu. I dlatego, uważam, że to trochę moje, w tym przypadku, "zadanie bojowe" by powiedzieć jej, stanowczo, z głębi serca: "Ogarnij się!". I może przez chwilkę będzie się na mnie gniewać i trochę spali się ze wstydu gdy uświadomi sobie jak się zachowywała, ale jej przejdzie. Zrozumie, że powiedziałam jej to w dobrej wierze. Twój chłopak popełnia nagminny błąd w mowie (ah, my, humaniści...), dlaczego mu o tym nie powiesz? "Oj bo mu będzie głupio...". Chyba lepiej żeby było mu raz głupio, przed własną dziewczyną, niż żeby robił wstyd przed wszystkimi napotkanymi ludźmi?

     A kiedy ktoś Cię zrani, sprawi ci niemałą przykrość? Albo nie pasuje Ci to, jak ktoś zachowuje się w stosunku do Ciebie? Co robisz? Myślę, że 70% osób zamiast powiedzieć prosto w twarz o co się rozchodzi, woli trzymać to w sobie, no od czasu do czasu puszczając parę z ust, razem z którą wydobywa się też trochę soczystych plotek i obelg. Ale jeśli sami o siebie nie zawalczymy, to kto to zrobi za nas? Musimy mówić prosto w twarz "nie podoba mi się, jak się zachowałeś". Bo przecież osoba której to dotyczy może nawet nie wiedzieć, że zrobiła coś źle. I tak w sumie, to nie jej problem, że... Ty masz z tym problem.

     Proszę tylko (albo aż) o odrobinę odwagi, która pozwoli na mówienie prawdy, tego co się myśli. Prosto w twarz, zaznaczam, bo w dobie aska i innych śmiesznych portali, nie jest to jednoznaczne. Jest to bezsprzecznie trudne i wymagające zadanie. Ale czy nie warto oczekiwać tego od siebie i od innych, by znaleźć wartościowych ludzi, w czasach wszechobecnej hipokryzji? Ludzi, którzy z przytupem wbiją się w nasze wyidealizowane mniemanie o sobie i powiedzą "to co robisz nie jest do końca okej". Którzy czasem zburzą nasze piękne złudzenia, ściągną nas na ziemię i będą tam mocno trzymać za rękę. Jasne, że uścisk będzie trochę bolał, ale po jakimś czasie zrozumiemy, że lepszy mocny uścisk dłoni szczerego przyjaciela, niż solidny upadek z wysokości swojego ego na tłum fałszywie zachwyconych znajomych.

     Trzeciego i ostatniego dnia naszej całkiem spontanicznej wycieczki postawiłyśmy na większy luz. Jako że był to ostatni dzień, chciałyśmy bez stresu i zmęczenia (jak w poprzednich dniach) nacieszyć się miastem, zjeść coś dobrego i posiedzieć w słoneczku. Plan prawie zrealizowany!


... przez krótką wiosnę, którą mieliśmy w Poznaniu, aż chciało się wychodzić na zewnątrz (teraz zdecydowanie chce się pozostać wewnątrz) i, w moim przypadku, pofocić. Nawinęły się akurat kamienice na Długiej i widok na kościół bernardynów.






... znów cieszyłam się z wiosny, tym razem fotografując to, co lubię najbardziej, czyli wszelkiego rodzaju kwiatki i roślinki. Meh, spadaj niepogodo.





... trochę znów planowałam, oczywiście z niezastąpionym Travelerem.



... mogłam, pod pretekstem spaceru z Ziutkiem, czyli moim labradorem, pofocić pole, obok którego mieszkam *taka wieś*.


     Przyszła niedziela, czas uporać się z zdecydowanie zbyt dużą ilością zadań domowych, notatek na sprawdziany i tak dalej. Szybko poszło z matmą, polskim i kilkoma mniejszymi zadaniami. Notatki na test z wos-u odkładam (już od piątku) "na później", bo przecież to dopiero w środę... (będę się tak oszukiwać do wtorku, potem zacznie się szaleństwo). Zaglądam do zeszytu od angielskiego i ze smutkiem stwierdzam, że będzie trzeba się trochę bardziej namęczyć (czytaj: nie będę mogła bezkarnie oglądać seriali cały wieczór). "Napisz esej - zalety i wady bycia singlem". Siedzę i myślę, co w niedziele jest utrudnione, ale bardzo się staram, przysięgam. Serio są jakieś plusy?
     Ok, pewnie każdego kto jest w związku wkurza ta druga osoba. Codziennie. No dobra, tak szczerze, jakieś dwadzieścia dwa tysiące razy dziennie. Denerwuje cię, bo nie odpisał na "super ważnego" smsa. Irytuje cię jej ciągłe spóźnianie się i ogólne nierozgarnięcie. Przejmujesz się kiedy nie jest tak bardzo uroczy jakbyś sobie w danym momencie życzyła. Złościsz się kiedy twoja dziewczyna kolejny raz marudzi jaka to jest gruba i brzydka. Ale i tak nikt mi nie wmówi, że takie wkurzanie siebie nawzajem jest gorsze niż brak związku. To jest nawet całkiem... urocze. Jeśli mnie spytacie. 
     I nie, nie przekonują mnie hasła typu "związek ogranicza", "lubię wolność która towarzyszy byciu singlem", "chcę się rozwijać i mieć mnóstwo czasu na moje pasje" i tym podobne. Niby-szczęśliwi single, wmawiajcie sobie tak dalej. Ale wiecie, jakie spełnianie marzeń jest fantastyczne razem? Jak niesamowicie się patrzy, gdy ktoś, kogo kochasz, spełnia swoje marzenie? A jeśli kogoś jeszcze nie przekonałam, że związki naprawdę są super, zarzucę tylko jednym z moich ulubionych cytatów i już lecę się uczyć, naprawdę! (nie wiem co robi raper obok poetów i pisarzy, ale jak mądrze gada, to niech mu będzie):
"To taki sam przypadek jak bycie singlem, klepanie się nawzajem po plecach i utwierdzanie się w tym, jak fajnie jest być samemu. Gówno prawda. Człowiek jest szczęśliwy, jak się ma do kogo przytulić. Jak jest ktoś, z kim może szczerze porozmawiać przed zaśnięciem." - Sokół
   
- "Pompeje"! 
- Nie, pójdźmy na ten nowy film z Neesonem!
- Ale, ale... W "Pompejach" występuje "Jon Snow"! 
- Chodź na "Non-Stop" i nie marudź.


     Mój chłopak nie miał najmniejszych szans, jak zwykle postawiłam na swoim. Kupiliśmy bilety na "Non-Stop" i wolnym (Jasiu nadal był nieprzekonany) krokiem przeszliśmy do sali kinowej. Po kilkunastu minutach reklam i trailerów (mniej lub bardziej świntuchowych, z naciskiem na bardziej) rozpoczął się seans.
     Już od pierwszych minut byłam zauroczona montażem i zdjęciami. Ale w miarę filmu mój zachwyt topniał. I nie chodzi tylko o "ładne widoczki", co jest raczej oczywiste, bo jak można w jakiś odkrywczy i ciekawy sposób pokazać kilkadziesiąt metrów kwadratowych pokładu samolotu? Ale od początku! Zaczyna się naprawdę ciekawie. Tajemniczy i lekko nieobecny, mający niewątpliwie jakieś problemy osobiste, Bill Marks (Liam Neeson) wsiada do samolotu. Już na pokładzie poznaje, chyba podobnie do niego poturbowaną przez życie, Jen Summers (Julianne Moore), z którą próbuje "przetrwać" startowanie samolotu. I tu sprawy nabierają tempa. Gdy tylko stalowy ptak wzbija się w powietrze, Marks otrzymuje wiadomość, w której nadawca grozi zabijaniem kolejnych pasażerów lotu co dwadzieścia minut, chyba że agent wpłaci na konto terrorysty niebagatelną sumę stu pięćdziesięciu milionów dolarów. Rozpoczyna się gra z czasem. I choć pierwsze kilkadziesiąt minut naprawdę trzymało w napięciu, o tyle w miarę rozwijania się wątku, akcja rozpada się (mimo ciemności widzę triumfalne spojrzenie mojego chłopaka, wyrażające jednoznacznie "a nie mówiłem, że mamy iść na "Pompeje"?"). Neeson, który do tej pory bardzo dobrze radził sobie w filmach akcji (dwie części "Uprowadzonej" czy "Tożsamość") tym razem trochę zawodzi. W "Non-Stop" jest zdecydowanie zbyt wiele nieprawdopodobnej fabuły, która sprawia, że krytycznie patrzymy na wszystkie cuda, które wyprawia na pokładzie samolotu agent federalny. Zdziwiłam się, gdy w filmie zobaczyłam "Najlepszą Aktorkę Drugoplanową", ale chyba tylko zdaniem Akademii, bo i w tym filmie, Lupita Nyong'o niczym nie zachwyciła.


      Na film uparłam się ze względu Neesona, który zdobył moje serce rolami we wcześniej wspomnianych dwóch częściach "Uprowadzonej" czy w filmie z nieco innej beczki, "Przetrwaniu". Tym razem nieco mnie rozczarował. Ale skoro widziałam z nim już tak wiele przejmujących filmów akcji to i tak bez wątpienia pójdę na kolejny, w którym Neeson uprowadza/zostaje uprowadzony (on już chyba do śmierci będzie grał w takich filmach). Nie jest to oczywiście zły film. Ale nie jest też wybitnie dobry. Jeśli ktoś szuka półtorej godziny w miarę dobrej, wartkiej akcji, to raczej się nie zawiedzie. O ile oczywiście przymknie oko na niektóre szczegóły fabuły. 
     Zamykam oczy i znów jestem pod monumentalnym Koloseum. Kończymy już oglądanie Amfiteatru (na dziś!) i udajemy się dalej. Wycieczka "Ikony Rzymu" właśnie się rozpoczęła! 


     Od kilku dni towarzyszyło mi radosne uniesienie. I nie chodziło tu wcale o powrót do szkoły (dobre sobie!) czy wspomnienia z czasu spędzonego w Wiecznym Mieście, ale o jedyne w swoim rodzaju wydarzenie, mając miejsce tylko raz do roku. Prawdopodobnie najważniejszego tego typu nagrody pożądane zarówno przez reżyserów i aktorów. Nagrody Akademii Filmowej, znane powszechnie jako Oscary.
     W tym roku podobnie jak w poprzednim ("Silver Linings Playbook", "Django Unchained", "Amour") znalazłam wiele filmów, przy których bez zastanowienia kliknęłam "chcę zobaczyć" na Filmwebie. Do rozdania nagród nie udało mi się zobaczyć wszystkich, bo albo zwyczajnie mnie nie zainteresowały, albo doskwierał mi brak czasu. Z nominowanych produkcji, które udało mi się obejrzeć szczególnie cenię sobie "The Wolf of Wall Street" z jak zwykle niesamowitym Leonardo DiCaprio w reżyserii nieprzewidywalnego Martina Scorsese oraz "Dallas Buyers Club" z nowym zaskakującym nie-komediowym wcieleniem Matthew McConaughey i dość kontrowersyjną rolą wokalisty 30 Seconds to Mars, Jareda Leto. Oba filmy dotykały zupełnie innej tematyki: pierwszy z nich jest spisem życia pnącego się na szczyt w wielkim świecie Nowego Jorku Jordana Belforta, a drugi opowiada historię Rona Woodrofa, na którego barki spada wiadomość o chorobie. Choć, jako wierna fanka Leo, kibicowałam jego filmowi i jemu samemu w zdobyciu Oscara, nie obraziłabym się gdyby McConaughey zgarnąłby mu nagrodę sprzed nosa, gdyż pokazał na co go stać, odrzucając tym samym łatkę aktora, zdolnego wyłącznie do grania w komediach romantycznych. Nie byłabym również zawiedziona, gdyby Akademia wyróżniła przewrotny i zabawny "American Hustle" z niepowtarzalną Jennifer Lawrence lub "Her" - amerykański melodramat osadzony w niedalekiej (?) pastelowej, pozornie idealniej przyszłości. Nie rozumiem natomiast, jak można było pominąć tyle szalenie interesujących postaci czy produkcji (poza McConaughey, oczywiście, który zdobył Oscara w kategorii Najlepszy Aktor Pierwszoplanowy, i słusznie!) i zaszczycić największym filmowym wyróżnieniem filmy, które dla mnie samej są wielką tegoroczną porażką. 
     Po pierwsze: "12 Years a Slave". Ok, był przykry i nie zawsze miły dla oka. Żal mi czarnoskórych mężczyzn i kobiet, którzy niejednokrotnie byli wykorzystywani i naznaczeni odznaką "gorszy" przez setki lat. Tymi samymi uczuciami kierowali się chyba członkowie Akademii, bo ta produkcja była nudna jak flaki z olejem, a dwie godziny, które poświęciłam na seans zaliczam do całkowicie zmarnowanych. Nie rozumiem również jak można było pominąć wspaniałą Julię Roberts ("August: Osage County") czy wcześniej wspominaną Lawrence, w kategorii Najlepsza Aktorka Drugoplanowa i zamiast im, nagrodę przyznać występującej w "12 Years.." Lupicie Nyong'o, która, moim zdaniem, w filmie nie wyróżniła się niczym - no, chyba że przepełnione bólem spojrzenie jest warte Oscara. 
     Po drugie: "Gravity". Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Nie wiem jak film wykonany pewnie w 90% lub więcej przy pomocy techniki komputerowej mógł zgarnąć siedem (!) nagród. Nie mogę przeżyć tego, że taki Scorsese kręci film z tyloma aktorami, niesamowicie wymagającą scenografią i ociekający akcją i nie zostaje wyróżniony, a produkcja z, tak na dobrą sprawę, dwoma postaciami z wyłącznie dobrymi obrazkami (komputerowymi...) otrzymuje tyle wyróżnień. Brak słów.
     Akademio, w tym roku się zawiodłam, a w przyszłym was bojkotuję. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.