Jako że nadszedł maj i, całkiem niespodziewanie, wcześniejsze lato (nie narzekam), zamiast siedzeniem przed laptopem i pisaniem, zajmuję się fotografią. Przedstawiam jedną z pierwszych sesji foto z LUDŹMI (co jest dziwne, biorąc moje zamiłowanie do kwiatków i zwierzaków). Enjoy! 

PS Ostrzegam - naprawdę dużo zdjęć (i będziecie zazdrościć, że tak fajnie spędzamy popołudnia)! 














     Od czasu do czasu mam tak zły nastrój, że tylko zakopałabym się w cieplutką pościel i spała cały dzień. Czasem z kolei mam tak wspaniały humor, że "chcę ryczeć, chcę krzyczeć, chcę śpiewać". No właśnie, śpiewać. Tańczyć. Słuchać muzyki. Muzyka naprawdę jest najlepszym rozwiązaniem, zawsze.

     Pamiętam, że jakiś czas temu wszystko było jakoś tak do dupki. Pogoda zła, nudno, brzydko, chłopak wkurza, przyjaciółka denerwuje, wszystko fuj ble. I chociaż przez pół dnia się tylko denerwowałam i byłam rozdrażniona, pod wieczór wpadłam na genialny pomysł, co mogłoby mi poprawić humor. Wzięłam do łapki telefon, podłączyłam biało-różowe słuchawki i zaczęłam słuchać muzyki. Zaczęłam oczywiście od przeokropnie smętnych utworów (no bo przecież jak ma się zły humor to słucha się smutnych piosenek żeby to pogłębić, takie oczywiste!), ale potem, przypadkowo, zaczęła grać jakaś weselsza piosenka. Zły humor spakował walizki i poszedł.

     W tym tygodniu z kolei mam taki wspaniały humor, wszystko mi się jakoś tak udaje, nawet pała z plusem  z biologii nie może tego popsuć. Więc też słucham muzyki. Idę poznańską ulicą, trochę zmoknięta, ale słucham muzyki. Trochę sobie podśpiewuję pod nosem, idę lekko tanecznym krokiem. Ludzie patrzą na mnie jak na kompletnego dziwaka, ale who cares?

     Nie jestem osobą, która "słucha wszystkiego". Właściwie, kiedy pytam kogoś "Czego słuchasz?" a on mi odpowie "No wiesz, tego co leci w radiu... nie ograniczam się gatunkowo" to chce mi się trochę śmiać. Bez obrazy, bezgatunkowcy. Ja stawiam na konkretny. Od kilku lat wiernie słucham rocka czy czegoś pokrewnego. Mam swoje ukochane płyty, które mogę odtwarzać do znudzenia. Mam swoje ulubione zespoły, które prawdopodobnie nigdy mi się nie zbrzydną. Mam swoje ukochane piosenki, które nie dość że są po prostu przepiękne to jeszcze, zazwyczaj, bardzo miło mi się kojarzą.

     Na pierwszy ogień idzie moja najulubieńsza, najwspanialsza, najukochańsza i w ogóle naj, łapiecie ideę, płyta. "Loki wizja dźwięku" - płyta-historia. Nie wiem jak kiedyś mogłam nie lubić Roguckiego i mówić że pisze "pseudopoetyckie teksty dla trzynastolatek". Odwołuję, Roguc wybacz mi. Co prawda Roguca w Comie lubię mniej, ale jego solowe płyty to naprawdę jest to! Prawdopodobnie już z milion razy wzdychałam z rozmarzeniem słuchając "Małej" czy miałam dreszcze podczas odtwarzania piosenki-wiersza "Plaster miodu 3". To naprawdę płyta niezależnie od humoru - jeśli mam wszystkiego dosyć, słucham "Niebielsko", a kiedy jest mi całkiem fajnie, puszczam "I'm not afraid of your soul". Jeśli jeszcze nie znacie tej płyty, to szybciutko proszę wygooglować i przesłuchać. Teraz!

     Kolejną płytę, którą chciałabym Wam polecić, jest najnowszy krążek Artura Rojka "Składam się z ciągłych powtórzeń". Szczerze mówiąc, nie spodobała mi się za pierwszym przesłuchaniem. Dopiero gdy mój chłopak aka moje muzyczne guru, puścił mi najciekawsze utwory z płyty, przepadłam. Czy wystarczy jeśli powiem, że w ciągu ostatniego tygodnia nie słuchałam chyba nic innego oprócz Rojka? Były wokalista Myslovitz już nie jest taki ponury, już chyba nie chce "umierać z miłości". Budzi się z pełnego smutku snu, śpiewa mi o miłości, w jaśniejszych barwach. Wcale, że nie słucham teraz "Beksy" z nowego krążka. Wcale nie.

     Muzyka jest nieodłączną częścią mojego życia. Może i wstyd się przyznać, ale pierwszym zespołem który ubóstwiałam było Ich Troje. Pamiętam te szalone koncerty z Tatą, a później z Mamą która zaraziła mnie swoją miłością do Lady Pank. Nie wyobrażam sobie nie słuchać ulubionych zespołów kiedy jadę autobusem, idę ulicą, leżę w łóżku. Nie wyobrażam sobie nie jeździć na koncerty i nie czuć tego wspaniałego, niepowtarzalnego uczucia. Muzycy, twórzcie, bo nadal chcę się zachwycać!


     Może przestaniecie wreszcie być pieprzonymi hipokrytami? Większość z Was pewnie uważa się za tolerancyjnych ludzi, ale kiedy Conchita Wurst wygrywa Eurowizję, w Polsce rozpętuje się jakieś piekiełko. Dlaczego wkurza Was, że wygrał facet, którego sposobem na promocję i zdobycie rozgłosu było stanie się drag queen z brodą, a nie to, że nie wygrali Donatan i Cleo, bo ich sposób na wypromowanie się, aka wielkie cycki i wyrabianie masła, nie wypalił. Gdzie tu sprawiedliwość?

    Chyba nie ma nic gorszego niż taka wybiórczość. Dla niego nie mam szacunku, bo nie zasłużył, generalnie jestem uczciwy, ale jak kogoś okradnę to nic się nie stanie, jestem tolerancyjny, ale to akurat mnie wkurza więc to pohejtuję, no nie? Nie. Albo uważasz się za osobę wyrozumiałą i nie będziesz robił wielkiego halo, bo jakiś facet, który na co dzień nawet tak nie wygląda, a Conchita Wurst jest jedynie jego scenicznym alter ego, wygrywa Konkurs Piosenki, albo spadaj na drzewo. Europa to nie jakaś utopijna wyspa. Nie będzie tutaj idealnie, bezproblemowo i dokładnie tak jak Ty byś chciał. A Conchita Wurst czy inne osoby podobne do niej, nie wzięli się znikąd. Są wynikiem ciągle zmieniającej się cywilizacji, szukającej, nie wiem, nowych rozwiązań. Poza tym ona jest artystką. Dwadzieścia lat temu ludzi zszokowałoby zachowanie i wygląd Lady Gagi, na przykład w słynniej sukience z mięsa. Teraz to jest w normie. Nową kontrowersje wyznacza Thomas Neuwirth, facet, który za swoją kontrowersję obrał look kobiety z brodą. Jego sprawa.

     Właśnie, jego. Lub jej, zależnie czy mówimy o człowieku, czy artystce. Mówienie na niego "to coś" jest nie na miejscu. Nie zniosę jak jeszcze raz usłyszę "to coś wygrało Eurowizję". Rozumiem, że was może to obrzydzać. Nie będę negować tego, że wygląd Wurst znacząco odbiega od (starych?) norm. Ale może zacznijmy od podstaw:

       Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”,                           "znosić”, „przecierpieć”, „ścierpieć”) – termin stosowany w socjologii bla bla bla...


Teraz rozumiecie? Nie musicie jej lubić. Nie musicie jej nawet akceptować. Ale jeśli uważacie się za wyrozumiałych ludzi, to musicie ją, jak sama definicja mówi, ścierpieć. Znieść. Przecierpieć. Nikt Wam nie każe przebierać się tak jak on, zapuszczać brody i jechać na konkurs piosenki. Wy z waszym życiem róbcie co chcecie, ale on wybrał taki sposób na swoje. Nie możesz go za to hejtować, bo to jego wybór. Nie Twój. Poza tym proszę zwróćcie uwagę, że ktoś ją wybrał. Ktoś na nią zagłosował, zadziałała demokracja. Więc widocznie dla współczesnej Europy jest to ciekawsze. Nie mi to oceniać. Eurowizja to jest show. A show i w ogóle show biznes rządzi się swoimi prawami. Przecież wiemy o tym nie od dziś.

     Poza tym nie potrafię zrozumieć w jakich czasach żyjemy, że bronimy cycków, słabego "śpiewania", żałosnego popisu muzycznego i uznajemy że kobieta z brodą jest poniżej norm. Dla mnie poniżej norm jest propagowanie łatwego seksu i kobiety jako przedmiotu z cyckami. Ale toleruję to. Właściwie mi to wisi. To nie ja ubieram się jak pierwsza lepsza dziwka, to nie ja jestem wulgarna, to nie ja mam, sprawczynię całej afery, brodę. Więc to olewam.

     Naprawdę, Europa, czy w ogóle cały świat, byłby lepszy gdyby ludzie skupili się na sobie. Ok, jest sobie jakiś tam facet, którego wizerunkiem scenicznym jest bycie drag queen. No i fajnie. Wyjrzyj przez okno - czy Twoje życie się zmieniło bo kobieta z brodą (która moim zdaniem miała lepszą piosenkę niż to żałosne "My Słowianie", którego miałam zamiar nigdy nie usłyszeć) wygrała Eurowizję? Get over it i zacznij żyć swoim życiem.
     Co robi Ofierzynka przychodząc do kogoś w odwiedziny? Najpierw trochę się wstydzi wejść i peszy, że musi powiedzieć "dzień dobry", ale już dwie godziny później myszkuje Ci po pokoju. Tak też było w przypadku mojego chłopaka. U Jasia jestem co jakiś czas i zawsze muszę mu trochę przeszperać te jego cztery metry kwadratowe (taki żarcik, nie gniewaj się!). Tym razem całkiem dobrze na tym wyszłam - bo z książką "Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseinia.

     Na początku szło mi opornie, głównie dlatego, że zupełnie nie interesuje mnie tematyka związana (ściśle czy też jedynie w formie tła dla opowieści) ze wschodem, a dokładniej kulturą arabską. Niemniej bardzo częste zachęty Jasia i niemalże hymny pochwalne dla tej powieści, kazały mi zebrać się w sobie i przeczytać. Jesteśmy w latach 70 XX wieku, w Afganistanie. Poznajemy dwóch chłopców - Amira (pana) i Hasana (służącego), między którymi wywiązuje się, może nie do końca sztampowa, przyjaźń. Łączą ich nie tylko wspólne zainteresowania czy zabawy, ale także mniej przyjemna sprawa - brak matki. I choć Hasan w tym przypadku ma trochę "łatwiej", bo w żaden sposób nie odpowiada za nieobecność rodzicielki, Amir czuje się winny, gdyż jego matka zmarła, rodząc go. Przez całe swoje krótkie życie, Amir próbuje "wynagrodzić"  i jakoś naprawić wyrządzoną Babie, bo tak nazywa swego tatę, szkodę. Idealny moment trafia się, gdy organizowany jest doroczny konkurs puszczania latawców. Amir wie, że jeśli wygra, ojciec będzie z niego dumny i zapomni (choćby i na krótko) o wszystkim, co ich różniło. Niestety, w trakcie konkursu ma miejsce wydarzenie, którego chłopcy nie będą w stanie wymazać z pamięci. Czy było warto postawić na szali przyjaźń i wierność, by zaimponować ojcu? Czy dobre relacje z Babą pomogą zwalczyć w Amirze poczucie winy, które odczuwa? Jak wpłynie to na życie młodego człowieka?

      Oprócz tego, że książka jest fenomenalnie napisana, jest przepełniona prawdziwymi emocjami. Autor bez ogródek pisze o terrorze, jaki wprowadzili talibowie, zajmując Afganistan. Ja sama spłakłam się chyba z trzy razy (ok, może trzynaście, ale kto by się przyznawał). Co mnie ucieszyło, kultura arabska nie była bardzo eksponowana, jedynie przyjemnie umieszczona gdzieś tam w tle, nienachalnie. Choć początkowo byłam negatywnie nastawiona nawet do tak małej ilości, dowiedziałam się wielu nowych rzeczy. Książka pozwala spojrzeć inaczej na Afgańczyków czy ogólnie muzułmanów, współcześnie uznanych raczej za dewotów i terrorystów. Są to przede wszystkim ludzie o głębokim poszanowaniu do tradycji, co mi osobiście bardzo się podoba. Nie powiem, żebym nagle zmieniła uwielbienie do kultury europejskiej na arabską, ale i tak to już postęp. Dowiadujemy się też wielu rzeczy o tym, jaki Afganistan był, zanim zaczęli, za przeproszeniem, wpieprzać się do niego ludzie z zewnątrz. Ta książka jest nie tylko opowieścią o wadze przyjaźni, trudnym wyborem między tym co słuszne, a tym co proste, ale także wspaniałym źródłem wiedzy o Afganistanie "przed" i "po". A my, z naszymi wypranymi przez telewizję mózgami, potrzebujemy takich informacji, żeby ślepo nie hejtować innych kultur i narodów. Ale wracają do samej książki, polecam ją wszystkim, którzy szukają naprawdę wartościowej książki, obok której nie można przejść obojętnie.


Obsługiwane przez usługę Blogger.