Wielkimi krokami zbliżają się letnie festiwale, więc, jak zwykle uczynna, służę radą i specjalnie dla Was piszę poradnik, z którego dowiecie się, jak zachować się na koncercie, by wszystkim go zepsuć.


1. Liż się. 

Przecież to takie urocze, że chłopak bierze Cię na koncert i przez cały czas jego trwania się całujecie! To co, że swoimi językami (które są WSZĘDZIE) obrzydzacie wszystkich dookoła. Bawcie się dobrze! W końcu za to lizanie zapłaciliście jakieś dwie stówy.

2. Pal ćmika.

To co, że jesteś prawie pod sceną, dookoła Ciebie pełno ludzi, a z dwa metry dalej tańczą pogo. Odpal sobie papieroska. Przecież nikogo nie poparzysz! To przecież koncert, kto wpadłby na głupi pomysł, żeby przypadkiem na Ciebie wpaść i Cię popchnąć? Pff!

3. Wkurzaj się, gdy ktoś nie pozwala Ci się wepchnąć.

Przecież TY przyszedłeś na koncert i TY chcesz być pod sceną. Co z tego, że ktoś czekał od siódmej rano? Ja przyszłam TERAZ i chcę być pod sceną. Więc się przepchnę do przodu, będę się rozpychać łokciami i obrażę się na cały świat, jeśli ktoś mnie nie przepuści. Logiczne!

4. Drzyj mordę.

Proszę, pokrzycz mi nad uchem. Wcale nie przyszłam, by posłuchać zespołu, chętnie wysłucham Ciebie i jazgotu dochodzącego z Twoich ust. Mylisz każde słowo? To co, jest super! O, zagłuszyłeś mi całą muzykę, jestem Ci tak bardzo wdzięczna!

5. Rób zdjęcia tabletem.

W końcu nie zapłaciłeś 250 złotych, by obejrzeć ten koncert tylko raz! Nagrasz go sobie, a później będziesz wracał do niego co tydzień. To co, że wcale nie zobaczysz go na żywo, widząc muzyków jedynie przez ekran swojego tableta/smartfona. Ale będziesz miał pamiątkę!


6. Crowd surfing jest genialnym pomysłem przy wadze +150 kilogramów.

Noo, mam trochę ciałka tu i ówdzie, sporą nadwagę, ale to co, rzucę się w tłum, niech mnie niosą! Jak to? Nie możecie mnie utrzymać? Ale z was mięczaki!

7. Przyjdź się ponapieprzać. 

Koncert jest idealnym miejscem na nawalanie się z Twoimi ziomami. Stań więc sobie w tłumie i zacznij ostro bić się z kumplami. Przecież nikt nie ma nic przeciwko, że co chwilę kogoś popychasz swoim wielkim barem.

8.  Załóż klub dyskusyjny. 

Muzyka trochę ucichła, artyści zapowiadają, że teraz będzie coś akustycznego? To perfekcyjny moment, byś wraz z Twoimi przyjaciółmi rozpoczął debatę o sensie istnienia życia. Wszyscy chętnie Was posłuchają!

9.  Znajdź spokojnych ludzi, rozkręć wokół nich pogo.

Po co masz się przepychać pod scenę, gdzie wszyscy wielbiciele pogo sobie tańczą i dobrze razem się bawią, nie wkurzając innych? Ty specjalnie wyszukaj ludzi, którzy przyszli posłuchać muzyki (wiem, niespotykane) i tam rozkręć swój taniec. Na pewno wszyscy zaczną tańczyć z Tobą!

10. Koncert to idealny moment na konsumpcję. 

Kupiłeś sobie kebaba, trochę podzióbałeś, ale już w sumie nie masz ochoty? Nie ma sprawy! Rzuć go po prostu w tłum. Wszyscy będą się bardzo cieszyć, w końcu się z nimi podzieliłeś! A że mają sos czosnkowy we włosach? Będzie na później!


    Spełniasz chociaż jeden warunek? Gratulacje! Psujesz innym koncert!
     Co tam ulewa, co tam zimno, idziemy na Stare Miasto! Właściwie włóczymy się tam bez konkretnego celu (to znaczy ja mam ukryty cel - zapiekanki!). No, ale że jako brzuchy mamy pełne (smuteczek), snujemy się po całkiem urokliwej starówce. Jest ponuro, deszczowo i chłodno, ale przecież zdjęcia same się nie zrobią!







     Po kolejnej fali deszczu odpuszczamy Stare Miasto, co by za bardzo nie zmoknąć, i, o ironio!, jedziemy do... Łazienek. Czekając na autobus już się cieszymy i zacieramy łapki, bo zza chmur nieśmiało wychyla się słonko. Pełni optymizmu wsiadamy do busa. Na miejscu przekonujemy się, że to nie był zbyt dobry pomysł - wychodzimy z autobusu i wręcz toniemy w strugach deszczu. Patrzymy więc tylko z daleka na pomnik Chopina, a następnie wsiadamy do pojazdu i jedziemy w drugą stronę, uciekając przed ulewą. Ale nie poddaliśmy się!

     Następnego dnia znów pokonujemy tę samą trasę i ponownie znajdujemy się przy ogromnym parku. Pogoda jest już lepsza, przez drzewa przebijają się ciepłe promyki światła. Idziemy sobie spokojnie, napawamy się ciszą, spokojem i swoim towarzystwem, a tu podchodzi do nas starszy Pan: "jakbyście Państwo chcieli zobaczyć coś ciekawego... to tam jest sarna". Ok, dzięki za info, obczaimy! Lecimy więc zobaczyć poleconą sarnę. Faktycznie jest, gryzie trawkę.... Chwila, czy ja widzę coś rudego?





     Sarna poszła w odstawkę (sory, mała!), bo zauważyłam... wiewiórki. Serio, nie wiem czy jest inne zwierzę (poza orangutanami, oczywiście), które wzbudza we mnie tak ciepłe uczucia - mogłabym je wszystkie zaadoptować, pokój przerobić na las i z nimi żyć. Są to absolutnie przeurocze i supersłodkie zwierzaczki. A co było w tym wszystkim najlepsze? One na nas wchodziły! A to wszystko dzięki Frącolkowi, który wpadł na autentycznie genialny pomysł by udawać drzewo. Trzeba mu przyznać, okazał się w tym mistrzem, a wszystkie wiewiórsy go pokochały. Dzięki Frącuś!






    Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie mogę wyobrazić sobie lepszego sposobu na poznanie miasta. Więc jeśli zastanawiacie się co zobaczyć i co porobić w Warszawie to szczerze polecam - olejcie nudne muzea, weźcie orzeszki i karmcie wiewiórki w Łazienkach. Zabawa murowana! 
     Warszawka. W sumie każdy się z niej trochę śmieje, że to mekka hipsterów i lanserów. Ale w takim razie trochę im zazdroszczę - bo to miasto jest wspaniałe! Ok, oczywiście, że nadal nie przebija moich ukochanych włoskich miast, ani Poznania, ani Krakowa, ani... No ale wiecie, o co chodzi. Generalnie jest bardzo okej. 

     Gdybyście spytali mnie, co najbardziej podobało mi się w stolicy, mogę odpowiedzieć bez sekundy zastanowienia: "Wiewiórki!". Tak, zwiedzając miasta uwielbiam chodzić do parków i szukać tych rudzielców. To chyba moje ulubione hobby (zaraz po jedzeniu, naturalnie!). Kolejna sprawa na korzyść Warszawy - mają fantastyczną komunikację. No kurka, przez niecałe pięć dni swojego pobytu nie mogłam wyjść z podziwu. Miliony tramwajów, autobusy co dziesięć minut, metro... No dla wsióra z Lubonia to naprawdę coś! 

      Natomiast, gdyby ktoś chciał wiedzieć, co zobaczyć w Warszawie, to również spieszę z pomocą. Dziś zapraszam do zobaczenia stolicy moimi oczami. 


PS Wbrew pozorom, w moich ustach "Warszawka" nie jest określeniem pejoratywnym, to tylko takie słodkie, niewinne zdrobnienie!

     Zamiast chodzić po muzeach (i się nudzić), z Frącolkiem robimy... zapiekankowy tour. Jeśli jeszcze nazwa nie podpowiedziała Wam o co chodzi, szybko wyjaśniam: codziennie chodziliśmy na miliony zapiekanek i z wielką przyjemnością je pochłanialiśmy. Poznanie miasta od kuchni, rzeklabym. Gdyby ktoś był zapiekankowym smakoszem jak my, to serdecznie polecam Zapiexy Luxusowe oraz Mommo Goodfood. Niedrogie, a naprawdę pyszne!



     Okej, jeśli nie podzielacie mojej miłości do jedzenia i upieracie się przy tych swoich muzeach, to dla Was też coś się znajdzie. W stolicy stanowczo jednak odradzam Centrum Nauki Kopernik. No, chyba, że czytają mnie osoby w wieku 5-11 lat. Tym z Was na pewno się spodoba, starszym - już niekoniecznie. My trochę się wynudziliśmy, a najfajniejszą atrakcją było stworzenie własnej gazety. To trochę mało za szesnaście złotych. Oprócz tego biegające i drące małe słodkie buźki dzieciaki. Koszmarek. Gdzie w takim razie iść? Na Niewidzialną wystawę. Niestety, zbyt wiele nie mogę Wam zdradzić, bo zepsuję całą zabawę. Ale jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, które sprawi, że spojrzycie inaczej na osoby niewidome lub niedowidzące. Naprawdę warto! 

via Niewidzialna.pl
     Kolejnym punktem na mojej warszawskiej liście must-see są ogrody na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest za friko, widać panoramę stolicy i jest zielono. Ja nie potrzebuję niczego więcej (no, dobra, gdyby na dachu były zapieksy, byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na (nad?) ziemi). 





Obsługiwane przez usługę Blogger.