Chociaż już opisałam tegoroczne włoskie wakacje i właściwie już wzięłam się za planowanie kolejnych (jestem taka nudna), chciałam sobie jeszcze trochę powspominać. Zapraszam więc na mix niepublikowanych jeszcze zdjęć z Włoch.

     Ci, którzy już od dłuższego czasu czytają mojego bloga, wiedzą o mnie kilka rzeczy - jestem bezpowrotnie zakochana we Włoszech, uwielbiam jeść i nie przepadam za, polecaną przez wszystkich, szerokopojętą literaturą skandynawską. Nie czytałam jeszcze nic norweskiego, szwedzkiego czy też finlandzkiego co nie wiałoby nudą i nadawałoby się do polecenia. Do czasu gdy odkryłam Stiega Larssona.


     Trylogię "Millenium" kojarzyłam z jednego prostego powodu - filmu z Danielem Craigem, który swego czasu był niezłym hitem, i który również mi przypadł do gustu. Było to już dawno temu, ale w poszukiwaniu czegoś do czytania, sięgnęłam do zakamarków pamięci i jakimś cudem wpadłam na pomysł "skoro film był ciekawy, to może książka jest jeszcze lepsza?". I tak w moje łapki trafiła pierwsza część cyklu. Zanim się obejrzałam, byłam już w bibliotece po drugą i trzecią część. 

     Właściwie bardzo ciężko opowiedzieć o czym jest ta książka, biorąc pod uwagę trzy części, opowiadające tak naprawdę jedną historię, która zahacza o wiele, wiele wątków. Myślę, że najlepiej określił to główny bohater książki mówiąc, że "kiedy się dobrze przyjrzeć, to w całej tej historii nie chodzi o szpiegów i służby państwowe, ale przede wszystkim o zwyczajną przemoc wobec kobiet i o mężczyzn, którzy się jej dopuszczają". Ale zupełnie nie oddaje to akcji kryminału. Sam w sobie jest zaskakujący i po prostu fantastycznie wciągający. W pierwszej części, "Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" poznajemy dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista, który właśnie został skazany za niepochlebny artykuł na temat szwedzkiego przemysłowca Hansa Erika Wennerstroma. Od problemów w Sztokholmie odrywa go Henrik Vanger, który wychodzi z dość nietypową propozycją - za całkiem niezłą sumkę, dziennikarz ma spisać kronikę rodziny Vangerów. Ale ta praca ma haczyk. Oprócz napisania dziejów znaczącej w Szwecji rodziny, Mikael ma rozwikłać sprawę zaginięcia 16-letniej Harriet Vanger. Po pewnym czasie dołącza do niego zamknięta w sobie, specyficzna ale genialna researcherka Lisbeth Salander. Początkowo nieprzekonany Mikael, odkrywa coraz mroczniejsze fakty o rodzinnie Vangerów. 

     Po trzech częściach mogę już napisać, że typowo dla Larssona akcja rozwija się bardzo wolno. Właściwie pierwsze dwieście stron to wprowadzenie do właściwej, wartkiej akcji. Ale kiedy Larsson się rozkręci, nie ma powrotu. Książka jest zaskakująca i nie da się od niej oderwać. Dużą zaletę stanowią postaci - zarówno pierwszoplanowe takie jak tajemnicza Lisbeth Salander, jak i drugoplanowe, których skandynawski pisarz w żadnym razie nie porzuca. Oprócz tego świetny i przystępny styl i mamy gotowy bestseller. Ale, na szczęście, opowieść nie kończy się na pierwszej części i pozostaje jeszcze dużo tajemnic do odkrycia... 
       Lekkość, którą daje pływanie pod wodą. Cisza, która temu towarzyszy. Spokój, który działa relaksująco. Ty pod wodą, sam na sam ze swoimi myślami. Dryfujesz, nie czując ciężkości swojego ciała, zapominając o wszystkim. Przed Tobą, za Tobą i wokół Ciebie tylko nieprzerwana głębia. Naciesz się tym. Z siłą jedynie swojego oddechu, masz tylko kilkanaście sekund. 









     PS No i na koniec: uparłam się, że nie wyjdę z wody bez podwodnej selfie. Nieistotne, że zziębnięta z wody wyszłam po czterdziestu minutach. No i kto teraz ma najfajniejsze zdjęcie z wakacji?


     Ostatniego dnia postawiłyśmy na szalony wyjazd do Bellagio, nad jeziorem Como. Dlaczego tak go nazywam? A no, bo nauczone doświadczeniem kilku poprzednich dni, trochę się bałyśmy, że pociągi się spóźnią, a my nie zdążymy na lot powrotny i nie wrócimy do kraju (szczerze? nie miałabym nic przeciwko). Tym razem miałyśmy nawet miejsca siedzące, więc nie było tak źle. Nie przejęłyśmy się też za bardzo brzydką, deszczową pogodą, ani tym, że nie zdążymy popłynąć do innych miasteczek położonych nad ogromnym jeziorem. Bez wprowadzania nerwowej atmosfery usiadłyśmy w małej kawiarence, piłyśmy herbatki z wielkich kolorowych kubków, zajadając się przy tym typowo włoskim tiramisu i podziwiałyśmy widoki. A ja mogę tylko napisać, że po prostu kocham być we Włoszech.









Jedzenie ciastka i picie herbatki z takim widokiem? Tak, poproszę!




     First things first, nie znoszę komedii romantycznych. Nie, ja w ogóle nie znoszę komedii, niezależnie jakich. Znam je już wszystkie na wylot, zwyczajnie mnie nudzą i bynajmniej nie śmieszą swoim prostackim "humorem". No bo co mnie obchodzi, że przystojny i wyrozumiały facet poznaje piękną i niesfochowaną dziewczynę, w której zakochuje się do szaleństwa, ale jednak dwadzieścia minut przed końcem seansu następuje zgrzyt, ale to co, oni się godzą. Meh! Takie rzeczy po prostu się nie dzieją i nie mam zamiaru wprowadzać się w kompleksy, bo mój chłopak nie całuje mnie w ulewnym deszczu. Takie życie! Jednak, jak zwykle wyjątek potwierdza regułę i wśród wszystkich szmirowatych filmów o prawdziwej i nieskazitelnej miłości (akurat!) znajdą się perełki. Są nimi na pewno "About time", "Begin again" czy "500 days of Summer". Ich bohaterzy może nie są idealni, ale co z tego? Nikt z nas nie jest. A o ile lepiej ogląda się filmy, do których można się odnieść i nie popaść przy tym w ogromne kompleksy?


     To co, że w pociągu nie ma miejsc siedzących, a spóźnieni pasażerowie okropnie przepychają się wąskim korytarzem, na którym z braku laku siedzimy. Wyciągamy z walizki ciastka "na czarną godzinę" (która, wydaje się, właśnie nastąpiła, bo cztery godziny na podłodze nie są szczytem luksusu) i odpalamy film. Nie ma co się martwić, przecież jesteśmy we Włoszech. Niezniechęcone Mediolanem, ruszamy na południe.




     Tym razem padło na Ligurię, a dokładniej Cinque Terre. Co prawda byłyśmy tu rok temu, ale tak nam się spodobało, że postanowiłyśmy wrócić. Cinque Terre to dosłownie "pięć miast", w skład których wchodzą Monterosso, Venrazza, Corniglia, Manarola oraz Riomaggiore. O ile rok temu wybrałyśmy się do najbliższego miasteczka, czyli Riomaggiore, tym razem postanowiłyśmy bardziej zaszaleć (różnica piętnastu minut...) i udać się do Vernazzy, w której się zakochałam, gdy zobaczyłam ją na okładce jednego z numerów Travelera. Wydawała się być jeszcze bardziej urokliwa niż miasteczko, które odwiedziłyśmy rok wcześniej. Od razu po wyjściu z pociągu, trafiłyśmy na główną ulicę, a ja znów zachwyciłam się wąskimi, stromymi uliczkami i kolorowymi domkami. Zachwyt przeszedł mi na chwilę, gdy okazało się, że jedną z tych wąskich dróg z jej stromymi, niemalże pionowymi schodami  muszę wnieść swój bagaż. No cóż. Na szczęście szybko się ogarnęłyśmy i poszłyśmy nad morze. Oczarowanie powróciło na dobre i utrzymywało się przez cały pobyt. W końcu, czy jest lepszy sposób na zakończenie dnia niż pyszna pizza i białe wino na liguryjskiej riwierze?







     Dni płyną nam bardzo leniwie, dzielone na pobyt na kamienistej plaży, pluskanie się w lazurowym morzu i, jak zwykle, jedzenie bez umiaru. By trochę urozmaicić naszą podróż, przeszłyśmy się drogą do Monterosso (wszystkie miasteczka są połączone ścieżkami turystycznymi, z których rozchodzą się wspaniałe widoki), by spojrzeć na Vernazzę z innej perspektywy. Trochę się namęczyłyśmy, bo z racji tego, że Cinque Terre leży w na dość stromych zboczach, znów musiałyśmy się wspinać... Ale było warto! Klimatyczny sad, wspaniały widok na miasteczko i urokliwa dróżka prowadząca przez góry. Jest magicznie.






     Jeden raz wstaję wcześniej niż zwykle. Nie miałam szansy uchwycić zachodu słońca, które schowało się przede mną za stokami gór, więc mam nadzieję na klimatyczne ujęcia wschodu. Nadzieja matką głupich. Niebo jest lekko zachmurzone, a słońce znów jest za górami. Dzięki! Spotykam jednak nowego kolegę, szarego kota. Idziemy razem do opustoszałego portu. Kiedy ja jestem pochłonięta widokiem przez wizjer, on łasi się, ociera mi o nogi i mruczy, chyba, z zadowolenia. Wcale mu się nie dziwię.







Obsługiwane przez usługę Blogger.