Nie jestem katoliczką. Nie wierzę w żadnego Boga (no, chyba że w Latającego Potwora Spaghetti), nie interesują mnie sprawy religijne, choć z Julką, moją ulubioną chrześcijanką, lubię czasem wymienić poglądy. Nie śmieję się z "katoli", nie wzdrygam się, gdy ktoś opowiada mi o Kościele - zwyczajnie to olewam. Albo jestem po prostu tolerancyjna. Nazywajcie to jak chcecie. W każdym razie. Nie ogarniam, po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, jak katolicy, będący w założeniu (i nie tylko, w końcu Julka jest najlepszym przykładem) sympatycznymi i ogólnie spoko ludźmi, są tacy... źli.

     Wiadomo, że nie można tak mówić o wszystkich wierzących, a ja jestem daleka od oceniania jakiejś społeczności po pojedynczych jednostkach. Z opowiadań Ziółkowskiej mogę podać dziesiątki przykładów fajnych chrześcijan, którzy chodzą na pielgrzymki, śpiewają swoje religijne piosenki i są po prostu super. Uważam więc, że to supersmutne, że opinie psują im debile, potocznie nazywani "katolami" (co, na pewno celowo, jest bardzo pejoratywne; mnie się po prostu nie podoba). Już pomijając wtykanie nosów tam, gdzie ich nie chcą - w muzykę (przykładem może być, nie tak dawno wcale, koncert Behemota w Poznaniu, który został odwołany, bo obraża uczucia religijne czy też stara sprawa, kiedy to katolicy, twierdząc, to samo co wyżej, nie chcieli "wpuścić" Madonny do kraju) czy szerzej mówiąc, sztuki (słynny w Poznaniu "Golgota Picnic" który także nie doszedł do skutku). Okej, ja też nie słucham Behemota, bo zwyczajnie nie kręci mnie taka muzyka. Nie oglądam też "sztuki" podobnej do Gologta Pinic, bo nie czuję potrzeby udowadniania sobie różnych spraw (bo Boga na pewno nie ma, a Jezus był chory psychicznie!!!). Nie interesuje mnie to, nie biorę w tym udziału, proste? Nie! U (słowo niechętnie wychodzi spod moich paluchów) katoli nie będzie tak prosto. Bo to obraża ich uczucia religijne! No i co z tego? Kazał Ci kto iść na ten koncert, oglądać "szatana" Nergala? Nie. Czy ktoś zmusza Cię do słuchania takiej muzyki, oglądania takich spektakli? Nie. Nie są też wystawiane w Twoim przedpokoju, żebyś nie mógł ich uniknąć. Więc daj sobie spokój.

     Ale to są takie sporadyczne wyskoki, natomiast co roku mamy narodową kłótnię, bo w Polsce jest Halloween. Bo to takie niepolskie "święto", bo szatan się teraz Tobą interesuje, bo przecież u komunii byłeś a łazisz i popierasz diabła... No kurka wodna. Po prostu przestańcie. To są dzieci, nie sądzę, by do chodzenia po cukierki, dopisywały jakąś ideologię. I wy też nie powinniście, bo to robienie problemów z dupy. Też kiedyś chodziłam po domach - ubierałam się w jakieś straszne ciuszki, zakładałam perukę (zapobiegawczo, żeby nikt mnie nie poznał) i chodziłam żebrać słodkości. Później dzieliłyśmy się nimi z koleżankami. I naprawdę było fajnie! To była taka jedyna noc w roku, w której ja, mała dziewczynka, mogłam po zmroku pochodzić sobie sama. Czułam się taka dorosła! I nie sądzę, by to, że chodziłam do obcych ludzi sprawiło, że jestem agnostyczką. Ba, myślę, że jedynie sprawiło, że byłam małym głupim gówniarzem, ale z tego wyrosłam. Za 5 lat dzieci, które teraz chodzą, prosząc o cukierki i grożąc psikusem, będą chciały tę noc spędzać na połownikach czy w innych klubach. To dopiero będzie psikus, jak wróci taki schlany. Zastanówcie się, co jest gorsze dla dziecka.


     Naprawdę, odpuście Halloween. Co z tego, że to nie nasze, polskie, przecież dziesięciolatki nawet nie wiedzą co to Dziady. Dlaczego odbierać im jeden dzień super zabawy? Jeśli nie chcecie, nie otwierajcie drzwi, nie dawajcie cukierków. Ale błagam Was, nie pieprzcie tak jak tu, bo załamuję ręce z niedowierzania. Serio myślicie, że dziesięciolatek przejmie się Waszym gadaniem, obcych ludzi? Raczej obrzuci Wasz dom jajkami. I dobrze Wam tak!
Już tutaj pisałam, że lubię jesień. Ale cieszę się nią nie tylko w pomarańczowo-czerwonych barwach, ale także w tych nostalgicznych, lekko smutnych i refleksyjnych momentach jak dziś. Bez dłuższego paplania, bo i atmosfera zdjęć taka, że aż nie wypada mówić za dużo, zapraszam do oglądania.







To tak, żeby nie było tutaj zbyt smutno.

    W dzisiejszym poście, chciałabym podzielić się z Wami zdjęciami, które inspirują mnie do dalszych podróży. Do odkrywania nowych miejsc, o których nie miałam pojęcia i o których dowiedziałam się w sumie przez przypadek. Chciałabym, aby ten cykl był swoistą "bucket list", spisem miejsc, które kiedyś chcę odwiedzić. Udajcie się więc ze mną w podróż, tym razem palcem po mapie (czy okiem po ekranie). 

1. Rzym


Wieczne Miasto chyba zawsze będzie moim numerem jeden. Ten zgiełk - donośne głosy Włochów, trąbiące samochody i czerwone Vespy, łączący się ze spokojem bijącym od antycznych świątyń i budowli. Co prawda w (małej pewnie) części ten punkt już się spełnił - w końcu byłam już w Rzymie dwa razy, ale w przyszłym roku uda mi się odhaczyć kolejne miejsca z mojej listy - w lutym znów tam polecę, tym razem z Frącolem. Teraz to już w ogóle będzie moje ulubione miejsce na ziemi! 


Panteon. Dodałabym może własne zdjęcie, gdyby nie to że usunęłam wszystkie zdjęcia z dnia, w którym go odwiedziłam (jestemdebilemtakbardzo)

Genialne ujęcie, które chciałabym mieć w "swojej kolekcji". Jest to widok z jednego z siedmiu wzgórz, na których został zbudowany antyczny Rzym. 


W Watykanie co prawda już byłam i, jak to w muzeum, wynudziłam się jak norka. Tym razem na pewno wejdę, przede wszystkim dla takiego zdjęcia!

Nie pogardziłabym też lotem nad Rzymem. Może Frącol mnie zabierze, jak ładnie poproszę...?

2. Barcelona


Kolejnym miejscem, które chciałabym odwiedzić w najbliższej przyszłości, jest stolica Gaudiego. A raczej, w ofierzynkowym wydaniu, stolica Daniela Sempere i spółki z powieści "Cień Wiatru" Zafona. Jest to jedna z moich ulubionych pozycji, nic więc dziwnego, że chcę poprzechadzać się uliczkami, którymi chodzili moi ulubieni bohaterowie (to-takie-logiczne-dla-książkowych-zapaleńców)! Co prawda i tutaj już byłam, ale pamiętam tylko skwar i pospiech. Chcę jak najszybciej wymazać to wspomnienie i zastąpić je czymś pozytywnym!



Podczas ostatniej wizyty Park Guell wydał mi się spokojną ostoją, będącą idealną ucieczką od gorącego centrum.  Nadal nie ogarniam, że wejście jest płatne, ale cóż - warto.


3. Portugalia


Oprócz popularnego widoku kolorowych tramwajów w Lizbonie, chciałabym odkryć portugalską przyrodę. Na tej części Półwyspu Iberyjskiego jeszcze nie byłam, ale kiedy widzę takie zdjęcia, mam ochotę od razu rezerwować bilety.





Zdjęcia od 2. do 4. przedstawiają Azory, czyli archipelag dziewięciu wysp wulkanicznych. Zachwycające, no nie?

4. Bieszczady


Podróżuję sobie po Europie, a własnego kraju nie zwiedzam. Wstyd! Jest kilka lub nawet kilkanaście miejsc w Polsce, które bardzo chciałabym zobaczyć. Na pierwszym miejscu tej listy, znajdują się Bieszczady. Może marzą mi się, bo to coś zupełnie innego dla mnie - w końcu góry znam jedynie w wersji śnieżnej, z nart. W każdym razie, bardzo chcę wspinać się po nich latem (i namawiam Frącola, biedny...).




5. Roztocze


Pozostając w patriotycznym klimacie, przedstawiam kolejne "must-see" na mojej podróżniczej liście. Roztocze odkryłam kilka lat temu na łamach ulubionego magazynu. Od tej pory marzy mi się, by przez tydzień odpocząć na typowej polskiej wsi - bez internetu, karmiąc krowy i takie tam. No sielskie życie!



     Jesień kojarzy mi się przede wszystkim z wielobarwnymi - od zieleni, przez pomarańcz aż do brązu - liśćmi na drzewach, wielkimi kałużami (w które ZAWSZE wdepnę i ubrudzę sobie buty) i z zimnym powietrzem zapowiadającym nadejście zimy. No, a oprócz tego z fejsem i instagramem zaspamionymi zdjęciami lasów w wiadomych barwach czy innych cudów. Nie będę gorsza, dołączę się do fotograficznej jesiennej manii. Enjoy!











  Generalnie nie lubię fotografować ludzi. Wolę sobie spokojnie focić kwiatki czy jakieś monumentalne budynki. Ale czasem mnie coś najdzie i męczę, w tym wypadku Julkę, "idź ze mną, będzie super, rzuć wszystko i chodź się focić!". No, więc płynąc na fali mojej dzisiejszej weny (teraz to już w ogóle popłynęłam, zaraz zacznę pisać wierszem), przedstawiam Wam zdjęcia z takiej spontanicznej "sesji".

PS Jeśli ktokolwiek jakimś cudem byłby zainteresowany sesją zdjęciową to pisać! Chętnie coś wykombinuję (o ile, oczywiście, akurat mnie najdzie chęć na zdjęcia ludzi). 











     Pewnie każdy z Was zna to uczucie po smutnym filmie - w sali kinowej zapalają się światła, napisy dobiegają końca, ale nadal panuje cisza. Nikt nie chce swoją paplaniną psuć powstałej atmosfery, a później przez jakiś czas film w nas "siedzi", nie dając o sobie zapomnieć. Dokładnie tak było z "Miastem 44". Najnowszy film o powstaniu warszawskim przyniósł takie same odczucia. Znów głęboko zapada w pamięć i przypomina całe zło wyrządzone przez Niemców i Sowietów w czasach drugiej wojny światowej.

Obsługiwane przez usługę Blogger.