Niedziela, lepiej znana jako dzień cwela, staje się jeszcze gorsza kiedy leżysz w łóżku z gorączką, weltschmerzem i chęcią nicnierobienia (poza jedzeniem i piciem herbatki). Jeśli czujecie się podobnie lub chcecie mieć dobry powód by uniknąć obowiązków, podrzucam Wam kilka ciekawych linków do poczytania i udawania, że robimy coś konkretnego, a nie tylko leżymy jak naleśniki.

1. Weekendowi podróżnicy


Jeśli interesujecie się podróżami, koniecznie zajrzyjcie na bloga Mariusza i Izy. Choć zawsze marzyły mi się podróże dookoła świata (wiecie, wiecznie w drodze, kolejny miesiąc kolejne miasto) coraz częściej dochodzę do wniosku, że krótkie wypady odpowiadają mi bardziej. Podobnie jak mój ulubiony felietonista Igor Zalewski jestem "za bardzo uzależniona od spłuczki i prysznica", co skreśla mnie od samego początku. Moje poglądy podzielają autorzy bloga, którzy nie podróżują na długo, ale robią to często. Bardzo polecam - ciekawe i często zabawne spostrzeżenia i fajne zdjęcia. 



2. 27 Tips for Mastering Anything 

Ciekawy wpis o tym, jak zabrać się za coś, zebrać w sobie motywację i... stać się w tej dziedzinie mistrzem. Skoro dziś nic nie zrobimy, możemy chociaż wymyślić sobie cele, które rozpoczniemy (jak zwykle) "od poniedziałku". Całkiem inspirujący tekst.


3. FILMography


Coś dla serialo- i filmomaniaków - Autor tumblr'a szuka miejsc, w których byli nasi ulubieni bohaterowie. Moi faworyci to "Madagaskar", "Mroczny rycerz powstaje" czy "Kick-Ass 2". Znajdziemy też takie klasyki jak "Śniadanie u Tiffanego" - dla każdego coś dobrego! Dodatkowo, tutaj możecie obliczyć, ile czasu zmarnowaliście na oglądanie seriali (i wprowadzić się w poczucie winy). Mi wyszedł ponad miesiąc (a dokładnie 37 dni 5 godzin i 45 minut)! A Wam?





4. 29 Short Stories You Need to Read in Your Twenties


Jeśli przerobiliście "100 książek do przeczytania przed śmiercią", czy podobnych list tworzonych przez przeróżne portale i zawierających książki od Harrego Pottera, przez Biblię aż do Hamleta, polecam Wam ten, nieco krótszy, zbiór książek. Większość pozycji wydaje mi się ciekawych i chętnie je przeczytam (zaraz po tym jak przebrnę przez piętrzące się stosy na moim biurku). Może jedna z tych książek będzie Waszym wyborem na dziś?


5. Historia lumpeksowej sukienki


Jeśli kiedykolwiek myśleliście, że w lumpie znaleźliście niezły łup, chyba trochę się myliliście. Czym są koszule z sieciówek za dziesięć złotych, kaszmirowe swetry za osiem czy skórzane plecaki, skoro w second-handzie można znaleźć sukienkę projektanta królowej Elżbiety II? Całą historię przeczytajcie na blogu, warto! 
     Na tę chwilę czekałam rok - niemalże dokładnie, bo 22. listopada 2013 obejrzałam drugą część trylogii Suzanne Collins. Jak już pisałam, nie wiedziałam nic, oprócz, o ironio, treści, bo przeczytałam książkę. Możecie więc wyobrazić sobie moje (i mojego chłopaka, który jest fangirlsem Jennifer Lawrence) podekscytowanie, kiedy jechałam do kina i nie mogłam wysiedzieć na dupce w tramwaju, a potem już na sali kinowej. Z okazji takiej wyjątkowej okazji kupiliśmy nawet kinowe naczosy (najgorzej wydane dwadzieścia trzy polskie złote) i kiedy zasiadłam w wygodnym fotelu, zacierałam łapki z niecierpliwości. A po filmie było mi smutno, że w ogóle poszłam...


    Dziś kolejna część miejsc, które chciałabym odwiedzić w Wielkiej Brytanii. Mam nadzieję, że spodobają się Wam tak samo jak mi!

1. Grampiany







2. South Stack


South Stack to skalista wyspa położona w hrabstwie Anglesey w Walii. Nie wiem, czy oprócz białej latarni, w pobliżu jest jeszcze coś ciekawego do zobaczenia, ale chyba warto tam udać się nawet dla samego budynku (chociaż najpierw trzeba się zebrać w sobie i pokonać dwudziestometrową przepaść pomiędzy klifami). 




3. Dunnottar Castle


Zamek w północnej Szkocji, położony na malowniczych klifach. Wiem, coś mnie ciągnie do tej surowej przyrody (i ciągle peplam o tym samym, co-ja-mam-poradzić).



4. Edynburg


Stolicą Szkocji zainteresowałam się kilka lat temu po przeczytaniu jednego z numerów "Travelera". Wtedy niejako uświadomiłam sobie, że Wielka Brytania to nie tylko Londyn, ale dużo więcej ciekawych miast (o czym zresztą cały czas się przekonuję).




    Znacie to uczucie, kiedy długo czekacie na jakiś film, szukacie o nim informacji, oglądacie trailery, przeglądacie zdjęcia z premierowej gali i wreszcie, wreszcie nadchodzi ten dzień, w którym idziecie do kina, nawet nie kupując popcornu co by się nie rozpraszać, siadacie na sali, seans się rozpoczyna... A Wy macie wrażenie, że już to wszystko widzieliście.
 
    Nie wiem, co się zmieniło - mam wrażenie, że kiedyś trailery były krótsze, miały w sobie jakąś "tajemniczość", nie zdradzały wszystkiego, sprawiając, że byłeś ciekawy o co właściwie chodzi, co się stanie dalej. A idąc do kina wciąż było się zaskoczonym, tym, co się zastało. A teraz? W półtora minutowym spocie jest wszystko - o czym jest film (co jest raczej oczywiste, no i potrzebne), a później najważniejszy zwrot akcji i taki obraz, że można domyślić się końcówki. No kurka! Tak nie powinno być. Już kilka razy tak się naciełam i od tego czasu po prostu nie oglądam trailerów, nie czytam komentarzy i recenzji (bo i one są najczęściej pełne spojlerów).


    Pierwszym filmem, o którym nie wiedziałam prawie nic, był "Interstellar" - widziałam jedynie plakat, kojarzyłam że występuje tam Matthew McConaughey... i to właściwie tyle. Po seansie i przeczytanych recenzjach byłam superszczęśliwa, że nic wcześniej nie czytałam ani nie przeglądałam, bo naprawdę dużo bym na tym straciła. Zresztą "Interstellar" też, bo nie byłoby już tego elementu zaskoczenia. Kolejnym filmem, którego trailerów nie oglądam, jest amerykański obraz z Jennifer Lawrence "Igrzyska Śmierci" (tu trzy miliony serduszek). Treść znam doskonale, bo czytałam trylogię Suzanne Collins, wiem, kto występuje i czego mogę się spodziewać. Ale chcę, żeby twórcy zaczarowali mnie, przestraszyli i sprawili, że zakocham się w filmie, dopiero na sali kinowej. A nie w piżamie przed telewizorem. Moje unikanie trailerów staje się powoli dość komiczne - kiedy byliśmy z Frącolem w kinie, musiałam zasłonić oczy i uszy. Problematyczne!

    Was też zachęcam do nie-oglądania trailerów. Spróbujcie chociaż raz - nie czytajcie opisów, idźcie na film, bo gra tam Wasz ulubiony aktor albo twórcą jest reżyser, którego darzycie, swego rodzaju, zaufaniem i sympatią. Zaskoczenie gwarantowane.
    Dziś, troszkę mniej chaotycznie niż zwykle, chciałabym pokazać Wam, które miasta w Wielkiej Brytanii chciałabym odwiedzić. Nie mam jeszcze konkretnego planu, ciekawych miejsc jest za dużo, ale przejechanie całych Wysp Brytyjskich jest moim marzeniem (o czym zresztą pisałam już w tym poście). Mam nadzieję, że za dwa lata namówię na to mojego chłopaka!

1. Londyn


W stolicy Wielkiej Brytanii już byłam, ale mam wrażenie, że poznałam ją z tej typowo turystycznej strony - London Eye, Big Ben, Westminister... Wszystko co najważniejsze, a jednak to nie jest "to coś" tego miasta, które tętni życiem. Tym razem chciałabym wypić kawę i zjeść ciacho w jakiejś przyjemnej kawiarence, porobić super zdjęcia (inspiracją są dla mnie Ania i Michał z bloga mammamija, ich najciekawsze zdjęcia tututaj czy tutaj) i, jak zwykle, po prostu pobyć w mieście i się nim nacieszyć. No i pokarmić wiewiórki w Hyde Parku. 




wszystkie fotografie pochodzą z bloga mammamija.pl


2. Cambridge


O Cambridge też już pisałam, ale jako, że zbieram wszystkie miasta w jednym spisie, nie może go tutaj zabraknąć! W miejscowości zakochałam się po zdjęciach Uli z bloga adamantwanderer (klikajcie, naprawdę warto!), Tak właśnie kojarzy mi się typowo angielskie miasteczko - niskie domki z ciemnobrązowej cegły, kolorowe okiennice i bluszcz na ścianach. No i piękne parki!





wszystkie fotografie pochodzą z bloga adamantwanderer.com


3. Glastonbury


Jeśli już pojedziemy na trip po Wyspach Brytyjskich, nie może nas zabraknąć na festiwalu w Glastonbury! Będzie to pewnie najdroższa część naszej podróży, ale tego nie odpuszczę. Może Kasabian chcieliby znów zagrać tę piosenkę?



3. Brighton


Brigton aka miejsce-gdzie-mieszkają-Marzia-i-Pewds (wcale nie mam wielkiej nadziei, że przypadkiem spotkam ich na ulicy). Miasto wydaje mi się super urocze i klimatyczne, szczególnie to molo!




4. Snowdonia


Właściwie Park Narodowy Snowdonia to obiekt położony w Walii, kusi stromymi stokami gór, zielonymi dolinami, wodospadami i potężnymi zamkami. Góry same w sobie marzą mi się od dawna, bo zawsze gdy je odwiedzałam, było to tylko w jednym celu - narty. Teraz chciałabym chodzić po szlakach i robić takie fajne zdjęcia!





5. Isle of Skye


Druga co do wielkości wyspa Szkocji to znów - górzysty, surowy krajobraz i przyroda w najlepszym, przynajmniej dla mnie, wydaniu. Podobnie jak Park Narodowy Snowdonia kojarzy mi się z Islandią, czy Skandynawią.




     W dzisiejszym zestawieniu, chciałabym podzielić się Wami, z czymś, na co zmarnowałam prawdopodobnie jedną czwartą mojego życia - seriale! Uwielbiam je oglądać, czerpię autentyczną przyjemność kiedy znajdę ciekawy serial i mogę go napieprzać przez cały dzień (ok, tydzień). Mój rekord to cały sezon "Plotkary" w jedną noc. Skończyłam około szóstej, więc w sumie nie opłacało się iść spać... Nadal pamiętam te emocje! Przechodząc do sedna - przedstawiam Wam, moje ulubione seriale. Może też je lubicie? A może coś zupełnie innego? Chętnie poczytam o nowych propozycjach (zawsze chętna do zmarnowania czasu). Okej, okej, do rzeczy:



    Dobra, taki żarcik, choć, uwierzcie mi na słowo, tak właśnie wyglądałam po seansie "Interstellara", Postaram się jednak coś skrobnąć, chociaż jest ciężko, bo nadal nie mogę wyjść z podziwu.

    Dziś się trochę rozmarzyłam - u nas robi się coraz zimniej, więc ja, na przekór, przeglądam sobie zdjęcia cieplejszych miejsc! Nie ukrywam, że bardzo lubię tworzyć posty z tej serii, trochę sobie pofantazjować i pozapisywać to, co kiedyś chcę zobaczyć... Ale po ogarnięciu całości jest mi tak okropnie smutno, mam takie ciążące uczucie w środku i mam ochotę się zapłakać, a potem za całą swoją kasiorę kupić bilet w jedną stronę do jednego z tych miejsc i płakać tam dalej, ale ze szczęścia. No cóż, pozostaje mi patrzeć, Was też zapraszam!


1. Grecja


O Grecji zamarzyłam już dawno, to była moja pierwsza podróżnicza miłość (choć nigdy tam nie byłam!). Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyłam greckie miasteczko z białymi domkami w filmie (ale wstyd) "Stowarzyszenie wędrujących dżinsów". Miałam wtedy może jedenaście lat i przeokropnie zazdrościłam jednej z bohaterek mieszkania w tym białym malutkim domku i posiadania za sąsiadkę kozy. Kiedyś wydawało mi się to takie trudne do ogarnięcia - bo to na wyspach, bo jak tam dojechać, bo jak zwiedzić... Well, przestałam się martwić. Mogę kupować bilety?



Jeśli ktoś mówi "Grecja", ja automatycznie widzę taki obraz przed oczami. 



Loutraki 


Meteory, magiczne! 


2. Cypr


Do tej podróży zainspirowała mnie Tynka z bloga ciasteczkatynki (tutaj link). W te wakacje wybrała ze swoimi znajomymi na wycieczkę, której okropnie jej zazdroszczę. Te widoki, podobnie jak już wcześniej, mogłabym podziwiać po prostu jeżdżąc autkiem od miasta do miasta. Aż mi się zrobiło smutno z myślą o nachodzącej zimie. 





3. Positano, Włochy


Ostatnio powiedziałam Frącolowi "wiesz, nasze następne wakacje po Rzymie będą już raczej nie-we-Włoszech, bo nie wiem czy są jeszcze jakieś ciekawe miejsca...". Jak mogłam być taka głupia? A że to tak niedaleko do Rzymu... Już chyba wiem, gdzie spędzę wakacje 2015!





4. Odessa, Ukraina 


Pamiętam, że pierwszy raz zdjęcia tego miasta zobaczyłam na blogu jakiegoś emo-diy-kolesia, który kleił jakieś stworki z papieru (photoblogowe odkrycia dwunastoletniej ofierzynki). Od razu się zauroczyłam i tak mi już zostalo! Właściwie nie wiem, co mi się podoba w Ukrainie - wydaje mi się, że to, trochę jak Polska, taka trudna podróżnicza miłość. Ale chcę spróbować!




5. St. Tropez, Francja


Mogłabym już skreślić to miejsce z mojego "bucket list", ale po przeczytaniu kilkunastu stron informacyjnych, poddałam się - problemy z wjazdem bez samochodu i drogo jak cholerka, a to miał być tylko, albo aż, dodatek do Mediolanu (o którym pisałam już tutaj). Następnym razem się uda!



     Wiadomo, jesień plecień, bo przeplata trochę smutku, trochę radości... Czy jakoś tak! W każdym razie, jeśli macie akurat tą pierwszą przypadłość, zapraszam na zestawienie pięciu filmów, które na pewno poprawią Wam humor i sprawią, że bardziej przychylnym okiem popatrzycie na swoje życie. 

1. "Życie jest piękne" (1997)


Włochy, Roberto Benigni i tematyka wojenna. Po takim wstępie treść staje się (prawie) drugorzędna! Ale tutaj i historia jest niezwykła: Guido (w tej roli charyzmatyczny Robert Benigni) ma piękną żonę (którą z miłością nazywa swoją "Principessa"), małego syna, mieszka w Toskanii, a jego życie przypomina bajeczną przygodę. Niestety, w faszystowskich Włoszech Mussoliniego, rozpoczynają się pierwsze prześladowania ludności żydowskiej, do której Guido należy. Nieszczęście sięga szczytu, gdy wraz z synem trafiają do obozu koncentracyjnego. Próbując uratować chłopca i uchronić go przed okrutną rzeczywistością, wymyśla grę, która ma mu "umilić pobyt" w obozie. W filmie, który w końcu jest o holokauście, nie doświadczymy brutalnej przemocy, co czyni z niego jeden z najoryginalniejszych obrazów o tej tematyce. Doświadczymy natomiast mnóstwa humoru, radości i po prostu miłości. A gdy świat staje się tak okropny, chyba tylko wzajemna miłość może człowieka uratować. Wspaniała muzyka, znakomite zdjęcia i aktorstwo na wysokim poziomie uzupełniają cały obraz. Nie muszę chyba mówić że się popłakałam?


2. "Czas na miłość" (2013)


O tym filmie, wspominałam już tutaj, ale idealnie pasuje też do dzisiejszego tematu. Brytyjski film oglądałam już kilka razy, za każdym spłakłam się na norka, miałam dobry humor na kolejne trzy dni i marzyłam o takim zwyczajnym, wspaniałym życiu. Jeśli jesteście zainteresowani, przeczytajcie w ten post i dowiedźcie się więcej!


3. "Najlepsze najgorsze wakacje" (2013)


Nieśmiały i nieco zamknięty w sobie nastolatek Duncan (Liam James) jedzie na pierwsze wakacje z nowym facetem (Steve Carell) swojej mamy (Toni Collette). Może mógłby wakacje zakreślić jako "najlepsze", gdyby ów gość nie był największym dupkiem pod słońcem (czego, oczywiście, jego matka nie zauważa). By od nich uciec, odciąć się od rodzinnych problemów, zaczyna spędzać czas w aquaparku. Poznaje tam ironicznego i zabawnego Owena (Sam Rockwell), który zapozna go z normami panującymi w obiekcie. Dzięki ludziom w nim pracującym zacznie patrzeć bardziej pozytywnie na życie. Film pokazuje, że najważniejsze to znaleźć ludzi, którym na nas zależy i trzymać się ich mocno, olewając tych, którzy za nami nie przepadają. Wcale-się-nie-popłakałam.


4. Poradnik pozytywnego myślenia (2012)


Jeden z ulubionych filmów (w końcu występuje w nim Jennifer Lawrence!) mojego chłopaka aka musiałam go oglądać szesnaście tysięcy razy. I nadal mi się nie znudził (trzeba było się nie przyznawać, znów mnie będzie męczył)! Pata Solitano (Bradley Cooper) poznajemy w psychiatryku, załamanego po odejściu żony i zdeterminowanego by zmienić swoje życie. Gdy wraca do społeczeństwa, w którym nijak nie może się odnaleźć, na jego drodze staje seksowna i, podobnie jak on, nieco zagubiona Tiffany (Jenifer Lawrence). Choć na początku chce się od niej odciąć szerokim murem, w końcu stwarzają coś na kształt przedziwnej przyjaźni. Czy Patowi uda się odzyskać żonę i wrócić do "normalności"? Czy "normalność" naprawdę jest taka fajna? On sam jest przekonany, że wystarczy "robić wszystko jak najlepiej i myśleć pozytywnie, a pojawi się promyk nadziei"... 


5. Nauka spadania (2014)


Martina (Pierce Brosnan), Maureen (Toni Collette), J.J. (Aaron Paul) i Jess (Imogen Poots) poznajemy w sylwestrową noc na dachu londyńskiego wieżowca, na którym zaplanowali swoje samobójstwo. Dość niefortunnym faktem jest, że spotykają się tam w czwórkę - każdy z nich trafił z innych powodów, ale żaden nie jest w stu procentach przekonany do skoku w przepaść. By odwlec moment samobójczej śmierci i dać ostatnią szansę życiu, postanawiają, że dadzą sobie czas do Walentynek - jeśli nic się nie zmieni, skoczą. Czy może wyniknąć coś dobrego ze spotkania czterech niedoszłych samobójców?




Obsługiwane przez usługę Blogger.