Vernazza, Cinque Terre.

     To co, że w pociągu nie ma miejsc siedzących, a spóźnieni pasażerowie okropnie przepychają się wąskim korytarzem, na którym z braku laku siedzimy. Wyciągamy z walizki ciastka "na czarną godzinę" (która, wydaje się, właśnie nastąpiła, bo cztery godziny na podłodze nie są szczytem luksusu) i odpalamy film. Nie ma co się martwić, przecież jesteśmy we Włoszech. Niezniechęcone Mediolanem, ruszamy na południe.




     Tym razem padło na Ligurię, a dokładniej Cinque Terre. Co prawda byłyśmy tu rok temu, ale tak nam się spodobało, że postanowiłyśmy wrócić. Cinque Terre to dosłownie "pięć miast", w skład których wchodzą Monterosso, Venrazza, Corniglia, Manarola oraz Riomaggiore. O ile rok temu wybrałyśmy się do najbliższego miasteczka, czyli Riomaggiore, tym razem postanowiłyśmy bardziej zaszaleć (różnica piętnastu minut...) i udać się do Vernazzy, w której się zakochałam, gdy zobaczyłam ją na okładce jednego z numerów Travelera. Wydawała się być jeszcze bardziej urokliwa niż miasteczko, które odwiedziłyśmy rok wcześniej. Od razu po wyjściu z pociągu, trafiłyśmy na główną ulicę, a ja znów zachwyciłam się wąskimi, stromymi uliczkami i kolorowymi domkami. Zachwyt przeszedł mi na chwilę, gdy okazało się, że jedną z tych wąskich dróg z jej stromymi, niemalże pionowymi schodami  muszę wnieść swój bagaż. No cóż. Na szczęście szybko się ogarnęłyśmy i poszłyśmy nad morze. Oczarowanie powróciło na dobre i utrzymywało się przez cały pobyt. W końcu, czy jest lepszy sposób na zakończenie dnia niż pyszna pizza i białe wino na liguryjskiej riwierze?







     Dni płyną nam bardzo leniwie, dzielone na pobyt na kamienistej plaży, pluskanie się w lazurowym morzu i, jak zwykle, jedzenie bez umiaru. By trochę urozmaicić naszą podróż, przeszłyśmy się drogą do Monterosso (wszystkie miasteczka są połączone ścieżkami turystycznymi, z których rozchodzą się wspaniałe widoki), by spojrzeć na Vernazzę z innej perspektywy. Trochę się namęczyłyśmy, bo z racji tego, że Cinque Terre leży w na dość stromych zboczach, znów musiałyśmy się wspinać... Ale było warto! Klimatyczny sad, wspaniały widok na miasteczko i urokliwa dróżka prowadząca przez góry. Jest magicznie.






     Jeden raz wstaję wcześniej niż zwykle. Nie miałam szansy uchwycić zachodu słońca, które schowało się przede mną za stokami gór, więc mam nadzieję na klimatyczne ujęcia wschodu. Nadzieja matką głupich. Niebo jest lekko zachmurzone, a słońce znów jest za górami. Dzięki! Spotykam jednak nowego kolegę, szarego kota. Idziemy razem do opustoszałego portu. Kiedy ja jestem pochłonięta widokiem przez wizjer, on łasi się, ociera mi o nogi i mruczy, chyba, z zadowolenia. Wcale mu się nie dziwię.









Sprawdź także:

2 komentarze :

Obsługiwane przez usługę Blogger.